Nie każde życie warte życia?

07 May 2007 maciej.roszkowski

Kochani. Jutrzejsze spotkanie proponowałbym poświęcić Peterowi Singerowi. Peter Singer jest jednym z najbardziej szokujących etyków, którego propozycje rozwiązań niektórych problemów etycznych brzmią jak z czarnych filmów science fiction. Jest zwolennikiem nie tylko aborcji, ale i eugeniki oraz zwolennikiem eutanazji nie tylko osób starszych, ale i w ogóle specyficznie chorych. No… Singer napisał taką książkę: “Upadek etyki tradycyjnej”, która jest szerszą prezentacją jego poglądów (i która wywołała kilka lat temu nie lada skandal). My polecamy (poniżej) jedynie wywiad z nim. Wystarczająco szokujący.
Co ważne – tak naprawdę, to bardzo trudno znaleźć racjonalne argumenty “kontra”. Serio. Sami zobaczycie. I to jest w tym wszystkim najbardziej przerażające, bo oznacza, że z czasem jego poglądy mogą zyskać coraz większą liczbę zwolenników (stanie się to wtedy, gdy ludzie zobaczą, że są możliwe rzeczy, które im się nie śniły, przed którymi wzbraniają się jako przed niemożliwymi=nieludzkimi)
Więc warto, abyśmy poświęcił koncepcjom tego pana swój czas.
o. m.

Wywiad z Peterem Singerem, zamieszczony onegdaj w GW:

Nie każde życie jest warte życia

Rozmowa z Peterem Singerem 04-02-2005, ostatnia aktualizacja 04-02-2005 20:34

Postęp technologiczny w medycynie jest nie do pogodzenia z zasadą świętości życia ludzkiego. Ludzie od dawna nie wierzą w tę zasadę i się do niej nie stosują – mówi znany z radykalnych poglądów etyk Peter Singer

Sławomir Zagórski, Tomasz Żuradzki: Rodzice dokładnie planują nie tylko narodziny dzieci, ale – dzięki zapłodnieniu in vitro – także ich genetyczne wyposażenie. Za życia wszyscy są wegetarianami, szanują zwierzęta, noszą buty ze skaju. Dzięki eutanazji umierają w porę, bez bólu, oszczędzając cierpień sobie i rodzinie. Taki jest idealny świat w Pańskich książkach.

Peter Singer: To całkiem pociągająca wizja. Mam wątpliwości, jeśli chodzi o zapłodnienie in vitro. Naturalny sposób prokreacji jest zdecydowanie łatwiejszy i mniej kosztowny. Jeśli jednak chcemy wprowadzać jakieś genetyczne ulepszenia, to musimy skorzystać z in vitro.

Nie widzi Pan nic odrażającego w genetycznym ulepszaniu ludzi?

- Nie. Chciałbym, byśmy rodzili się wolni od zapisanych w naszych genach chorób. Później, kiedy już uda się nam dokonać odpowiednich odkryć, chciałbym, by dzięki genetyce ludzie stali się bardziej wrażliwi, bardziej współczujący, bardziej inteligentni. Zdaję sobie sprawę, że nie stanie się to ani jutro, ani pojutrze, ale kiedyś z pewnością do tego dojdziemy.

Nie przeraża Pana wizja, że grozi nam koniec ludzkości jako jednego gatunku? Dzieci bogatych będą mądre i piękne dzięki inżynierii genetycznej, a dzieci biednych odziedziczą cały bagaż złych genów.

- Ja w to nie wierzę. W moim idealnym świecie nie będzie podziału na bogatych i biednych. Nie będzie w nim miliardów nędzarzy, którzy nie są w stanie zapewnić dzieciom opieki medycznej i wykształcenia. Najpierw musimy zaspokoić podstawowe potrzeby ludzi, ale kiedyś dojdziemy także do tego, że każdy z nas będzie miał wpływ na to, jakie dzieci mu się urodzą.

Twierdzi Pan, że człowiek niesłusznie uzurpuje sobie prawo króla wszystkich stworzeń i zabija zwierzęta. Jednocześnie odrzuca Pan fundamentalną dla chrześcijan zasadę świętości życia, mówiąc, że liczy się wyłącznie jego jakość.

- O świętości życia ludzkiego mówi się na prawo i lewo, ale ludzie od dawna nie wierzą w tę zasadę i się do niej nie stosują. Nie mówią wprost o tym, co robią, lecz zasłaniają się stwierdzeniami typu: “Nie kończymy życia, tylko odłączamy nadzwyczajne środki podtrzymujące życie”. Albo: “Podajemy morfinę nie po to, by zakończyć życie, ale by uśmierzyć ból, choć wiemy, że taka dawka będzie śmiertelna”. Podobnych przykładów są dziesiątki i dlatego moim zdaniem idea świętości życia już nie obowiązuje. Postęp technologiczny w medycynie jest nie do pogodzenia z zasadą świętości życia ludzkiego.

Ależ to jest podstawa naszej cywilizacji, praw człowieka, szacunku dla drugiego człowieka!

- Ludzie od dawna nie traktują życia jako wartości najwyższej. Mamy dziś największą epidemię w historii świata. W Afryce wirusem HIV zakaziło się blisko 30 mln ludzi i bez leków ci ludzie umrą jak muchy. A my co? Rozprawiamy, że może za rok uda się nam leczyć co dziesiątego z nich. A jaką mamy dla nich radę, by postawić tamę wirusowi? Wierność i wstrzemięźliwość. I jak się ma do tego świętość życia? Moim zdaniem etyka świętości życia stała się czysto retoryczna.

Narodziny

Tyle że porzucenie zasady świętości życia ludzkiego na rzecz troski o jego jakość prowadzi do szokujących konsekwencji. Może się okazać, że czasami większym złem jest np. zabicie dorosłego szympansa niż nowo narodzonego dziecka.

- Nowo narodzone dzieci mają zazwyczaj rodziców, którzy się nimi opiekują, i śmierć noworodka jest dla nich oczywistą tragedią. Być może dla matki szympansicy jest to także tragedia, ale sądzę, że ludzie odczuwają to bardziej dotkliwie. Dlatego w normalnych warunkach zabicie nowo narodzonego dziecka jest większym złem.

Faktycznie zdarzają się też przypadki, gdy rozstrzygnięcie tego dylematu jest trudniejsze. Wyobraźmy sobie np. sytuację, że rodzice nie chcą, by ich dziecko żyło, bo jest bardzo ciężko chore, i wydaje im się, że jego życie nie byłoby dobrej jakości lub że ciężar opieki nad nim utrudniłby w znacznym stopniu opiekę nad pozostałymi dziećmi. W takim przypadku śmierć dziecka nie jest aż taką tragedią, można się z nią łatwiej pogodzić niż ze śmiercią szympansa, ponieważ nie wpływa ona negatywnie na nikogo, a możliwości dorosłego szympansa są znacznie większe niż ludzkiego noworodka.

Naturalnie, rozpatrujemy to czysto teoretycznie – proszę nie zrozumieć, że ja kogokolwiek namawiam do eksterminacji zdrowych niechcianych dzieci.

Idąc za Pańskim rozumowaniem, możemy uznać, że życie jednych ludzi jest bardziej wartościowe od życia innych, np. wartość życia noworodka jest niższa od wartości życia dorosłego człowieka!

- Bo tak rzeczywiście jest. Amerykański filozof James Rachels wymyślił określenie “żyć życiem biograficznym”. Chodzi o zdawanie sobie sprawy z tego, że istniejemy w czasie. Otóż dorosły człowiek może rozmyślać o swoim życiu, może planować, co zrobi w przyszłości, a noworodek tego wszystkiego nie potrafi. Zabicie dorosłego bez jego zgody jest uniemożliwieniem spełnienia jego pragnień; zabicie noworodka nie prowadzi do niespełnienia pragnień, bo noworodek ich nie ma. W tym kontekście przerwanie biografii w pół drogi jest większą krzywdą niż śmierć istoty, która nie ma świadomości, kim jest, i nie może jeszcze niczego planować.

Pan próbuje obalić nasze intuicje dotyczące równej wartości życia wszystkich ludzi, bez względu na wiek, rasę, płeć, inteligencję…

- Proszę zwrócić uwagę na to, czyją śmierć przeżywamy najboleśniej. Można to opisać w postaci krzywej obrazującej zależność pomiędzy wiekiem osoby, która umiera, a poziomem cierpienia, jaki ten fakt wywołuje wśród najbliższych. Początkowo krzywa ściele się nisko, potem coraz gwałtowniej pnie się w górę, następnie osiąga plateau, by pod koniec życia znów wyraźnie opaść. Dość powszechnie uważa się, że śmierć noworodka jest mniejszą tragedią niż śmierć pięciolatka. To logiczne, bo w pięciolatka zainwestowaliśmy już przecież opiekę i miłość, wiemy, jaką osobą jest to dziecko. Pięciolatek wydaje nam się ważniejszą częścią społeczności niż noworodek. Podobnie na ogół mniej przeżywamy śmierć 90-letniej staruszki niż kogoś w kwiecie wieku.

Ale nie da się jednoznacznie wyznaczyć granicy, poniżej której możemy uznać, że życie ludzkie jest niewarte istnienia. Czy nie lepiej przyjąć, że zawsze jest ono święte?

- Faktycznie, nie sposób wyznaczyć takiej granicy obiektywnie. Mogę jednak przytoczyć przypadki, kiedy życie wydaje się całkowicie pozbawione wartości. Na przykład życie dzieci rodzących się bez mózgu, których główki wypełnione są nie tkanką nerwową, lecz płynem. Takie dzieci nie mają i nigdy nie będą miały świadomości. Zwykle umierają dość szybko po porodzie, ale czasem wegetują przez kilka-kilkanaście miesięcy. Uważam, że taka wegetacja nie ma sensu, ponieważ wyłącznie powiększa cierpienie rodziców. Po to, by życie było warte przeżycia, musi istnieć świadomość. Dziecko bezmózgowe nie ma świadomości i dlatego jego życie nie jest warte, by trwać.

Jednak jeśli zaczniemy analizować inne, mniej dramatyczne przypadki chorób, ustalenie granicy, czyje życie ma jeszcze wartość, a czyje już nie, faktycznie staje się znacznie trudniejsze. Wyobraźmy sobie bowiem dwójkę dzieci chorych na rozszczepienie kręgosłupa [choroba, w wyniku której może nastąpić porażenie nóg, utrata kontroli nad wydalaniem, często także upośledzenie umysłowe - red.]. Jedno ma troskliwych rodziców, którzy otaczają je opieką, a drugie ląduje w domu opieki, bo rodzice je odrzucili. Czy jest różnica w wartości życia tej dwójki dzieci? Moim zdaniem odpowiedź narzuca się sama.

To rozumowanie jest niedorzeczne. Rodzice kochający swoje poważnie chore dziecko mogą być szczęśliwi. Jednak zabiegając wyłącznie o jakość życia, powinniśmy ich namawiać, by pozbyli się chorego i zdecydowali na urodzenie kolejnego, zdrowego dziecka.

- To, jaką decyzję podejmą rodzice, powinno zależeć wyłącznie od ich uczuć i stopnia przywiązania do dziecka. Jeśli znajdują w sobie wystarczająco dużo miłości i sił, by opiekować się kalekim dzieckiem, to chwała im za to. Jeśli natomiast nie mają w sobie tych uczuć, powinni zdecydować się na drugie dziecko.

Czy możemy uzależniać prawo do życia od woli rodziców?

- Nie zawsze i nie w każdej sytuacji. Jeśli np. dziecko miałoby cierpieć ponad miarę przez dziesięć lat, a następnie umrzeć, i być może przez całe swoje życie nie byłoby w stanie pojąć, co się wokół niego dzieje, to myślę, że byłoby lepiej, gdyby mogło odejść wcześniej. Decyzja rodziców o utrzymywaniu przy życiu ciężko chorego dziecka na siłę byłaby dla mnie okrucieństwem.

Natomiast w przypadku innych, lżejszych chorób uważam, że decydujący głos powinien należeć do rodziców. Ale nie powinni czuć przymusu, by urodzić i wychowywać dziecko, które będzie dla nich ciężarem, i by musieli potem do końca życia żałować, że nie mają innego, zdrowego dziecka. Podjęta decyzja powinna być wypadkową interesów rodziców i dziecka.

Historia zna złowrogie konsekwencje takich poglądów – np. w Szwecji sterylizowano psychicznie chorych.

- Trudno to pochwalać, zwłaszcza że choroby psychiczne nie są dziedziczne w 100 procentach. Jeśli istnieje poważne zagrożenie, że dziecko, które jakaś para może spłodzić, będzie bardzo cierpieć, a następnie umrze, to uważam, że należy zastosować wszelkie możliwe metody, by zapobiec ciąży. Nie wiem, czy zastosowałbym przymusową sterylizację, jednak na pewno próbowałbym przekonać ich, by nie mieli dzieci.

Życie

Naprawdę nie potrafi Pan dostrzec, że cierpienie może prowadzić do czegoś pozytywnego?

- Jestem pewien, że zdecydowana większość cierpienia, jaka jest na świecie, nie przynosi niczego dobrego. Gdyby udało się zlikwidować lwią część cierpienia, i tak pozostałaby odrobina, która byłaby wystarczającym kontrastem, by odczuwać szczęście.

Ludziom potrzeba umiarkowanego niedostatku rzeczy, których pożądają lub potrzebują, by osiągnąć spełnienie. Ale naprawdę nie potrzebują cierpieć.

Nasze cierpienie może nadawać sens życiu. W chrześcijaństwie może prowadzić do zbawienia, nawet egzystencjalista Albert Camus pisał w “Dżumie” o potrzebie świeckiego heroizmu.

- Nie zgadzam się z postulatami religii. Szczególnie chrześcijaństwo ma kłopoty z wyjaśnieniem problemu cierpienia. Jeżeli Bóg jest wszechpotężny i dobry, to trudno zrozumieć, dlaczego istnieje cierpienie. Wydaje mi się, że istnieje pewna psychologiczna potrzeba, by móc powiedzieć, iż w gruncie rzeczy dzięki cierpieniu w jakiś sposób sprawy zawsze przybierają pozytywny obrót.

Traktuje Pan gloryfikację cierpienia przez religie jak jakieś dziwactwo.

- Uważam za niepoważne mówienie, że cierpienie samo w sobie jest dobre. Gdybym wyruszył do biednego rozwijającego się kraju, by pomóc jego mieszkańcom, wiedząc, że narażę się na trudne warunki klimatyczne, że nie będzie tam kawiarenek i teatrów – to byłby to dobry uczynek, bo poświęciłbym się, by pomóc innym. W takim przypadku człowiek godzi się na cierpienie, ponieważ pragnie pomóc innym. Takich ludzi podziwiam. Jednak gdy ktoś twierdzi, że cierpienie samo w sobie jest dobre – to uważam, że jest w błędzie. Nie uważam, by godne pochwały było np. samobiczowanie się lub umartwianie na pustyni praktykowane przez chrześcijańskich świętych. Sądzę zresztą, że większość ludzi podziela moją opinię.

Jeśli przyjmiemy, że naszym moralnym obowiązkiem jest wyłącznie zmniejszanie sumy cierpienia w świecie, to dojdziemy do absurdalnych konsekwencji – np. możemy zabić dorosłego człowieka, który jest potwornie bogaty, a przy tym skąpy, a jego liczna rodzina szczerze się ucieszy ze spadku.

- Mnie nie chodzi o szczęście, lecz o zaspokojenie potrzeb. Nie jestem hedonistycznym utylitarystą. Dla mnie ważne jest, by ludzie mogli zaspokoić swoje pragnienia, marzenia, potrzeby, swoje – jak to się to określa w języku etyki – preferencje.

Jeśli chodzi o uśmiercanie ludzi po to, by dysponować lepiej ich majątkiem – to trudno wyobrazić sobie wprowadzenie takiego prawa. Moglibyśmy to nazwać przypadkiem Raskolnikowa ze “Zbrodni i kary”. To uniemożliwiłoby istnienie stabilnego społeczeństwa, w którym ludzie pracowaliby, gromadziliby dobra i czuliby się bezpiecznie. Ale wyobraźmy sobie, że ta okropna osoba, która trzyma w garści wielki majątek i nie robi z niego pożytku, nagle ginie w wypadku samochodowym. W myśl mojej teorii świat stałby się lepszy, ponieważ dzięki temu cała jej rodzina zaspokoiłaby swoje preferencje.

Czyli powinniśmy powstrzymać się od zabijania skąpych bogaczy nie z powodów etycznych, ale wyłącznie dlatego, że groziłoby to utratą stabilności społecznej? To jakiś absurd!

- Zabicie kogokolwiek, kto chce żyć, zawsze jest złem. Czasami korzyść wielu ludzi może jednak przeważyć zło wynikające z zabicia pojedynczej osoby. Nie możemy się jednak zgodzić na to, by prawo zabijania bogaczy było powszechne. Moja odpowiedź jest więc następująca: konsekwencje wynikające z zabójstwa są w takiej sytuacji na tyle poważne, że nie ma sensu zastanawiać się, jak bardzo zyskałyby na tym możliwości zaspokojenia potrzeb wielu ludzi.

Śmierć

W Pańskim idealnym świecie to człowiek wybiera czas swojej śmierci.

- Tak, chciałbym, żeby to leżało w gestii każdego z nas. Jeżeli ktoś zechce żyć tak długo, jak tylko możliwe, a następnie umrzeć w naturalny sposób – proszę bardzo. Ale jednocześnie chciałbym, by istniała możliwość wyboru, by ludzie, którzy uznają “no dobra, dosyć tego, moje życie uległo degradacji, jego jakość jest nie do przyjęcia, cierpię na wiele sposobów, chcę odejść”, mogli to uczynić.

Ale to, czy ktoś nieuleczalnie chory chce popełnić samobójstwo, zależy od tego, w jaki sposób go traktujemy, od klimatu, jaki istnieje wokół cierpienia i śmierci, od tego, czy najbliżsi skłonni są opiekować się nim w ostatnim okresie życia. Przecież zalegalizowanie i powszechna dostępność eutanazji wywoła nacisk na starsze osoby, by częściej sięgały po to rozwiązanie.

- To prawda – zmienia się społeczny klimat wokół eutanazji, ale moim zdaniem te zmiany idą we właściwym kierunku. Wydaje mi się całkiem naturalne, że rodzice starają się nie być ciężarem dla własnych dzieci. Rodzice wielokrotnie poświęcają się dla dobra swoich pociech, więc jeżeli ktoś jest umierający i wie, że czeka go tylko parę miesięcy życia, a jakość tego życia jest już bardzo niska, i uważa, że córka, uznając opiekę nad nim za swój obowiązek, porzuci karierę, to ja w decyzji o eutanazji nie widzę niczego złego. Wielu rodziców może uznać, że kariera dziecka jest ważniejsza, i uważam, że powinniśmy to uszanować.

Nie boi się Pan, że jeśli raz złamiemy przykazanie “nie zabijaj”, to potem będziemy mieli problem z wyznaczeniem nowej granicy między zabójstwem a tym, co jest tylko ulżeniem w cierpieniu?

- Już dziś za sprawą postępu w medycynie określenie tej granicy jest zasadniczym problemem. Można ją wyznaczyć w wielu miejscach. Musimy też uwzględnić krzywdę, jaką tradycyjna etyka wyrządza tym, których cierpienie jest dziś niepotrzebnie przedłużane.

Nie sądzę, żeby akceptacja dla eutanazji zmieniła nasz stosunek do zabójstwa w ogóle. Np. w tradycyjnych społecznościach Eskimosów było utartym zwyczajem, że mężczyzna zabijał swoich rodziców, co nie zmieniało powszechnego potępienia dla zabijania innych ludzi. Ta praktyka pokazuje, że tę granicę można wytyczyć gdzie indziej, niż istnieje ona dziś, bez złowrogich konsekwencji.

Wielu ludzi uważa, że te złowrogie konsekwencje już dziś widać gołym okiem. Holenderscy lekarze przyznali ostatnio, że pomogli umrzeć 22 śmiertelnie chorym noworodkom. Te dzieci nie mogły same decydować o swoim losie.

- Uważam, że holenderscy lekarze postąpili słusznie. Przedłużanie cierpienia noworodków i cierpienia ich rodziców byłoby niehumanitarne.

O swojej śmierci też myśli Pan w ten sposób?

- Dopóki będę zdolny do podejmowania decyzji o samym sobie, to chciałbym mieć możliwość powiedzenia, że dość, że już nie chcę dalej żyć. Sprawa się komplikuje, gdybym zapadł na chorobę Alzheimera i nie był w stanie kontrolować sytuacji. Rozmawiałem o tym z żoną i ona zdaje sobie sprawę, że w pewnym momencie – gdy już nie będę rozpoznawał własnych dzieci lub gdy nie będę mógł funkcjonować w świadomy sposób, to znaczy czytać i rozumieć, co czytam – to już nie jest to życie, które chciałbym wieść.

I co wtedy?

- Mam nadzieję, że żona będzie w stanie mi pomóc

Zwierzęta

Z jednej strony odrzuca Pan etykę świętości życia, z drugiej jest Pan zagorzałym obrońcą praw zwierząt, wegetarianinem. To się nie kłóci?

- W naszym świecie to wyłącznie ludzie mają najrozmaitsze prawa, zwierzętami zaś, niestety, mało kto się przejmuje. Tymczasem ja uważam, że każde stworzenie zdolne do tego, by cierpieć, ma prawo, by jego cierpienie zostało zauważone. Powinniśmy odrzucić doktrynę, która stawia życie przedstawicieli naszego gatunku ponad życiem przedstawicieli innych gatunków. Z punktów widzenia różnych istot każde życie ma taką samą wartość.

Ale czy można porównywać cierpienie ludzi i zwierząt? Nawet taki utylitarysta jak John Stuart Mill pisał, że “lepiej być niezadowolonym człowiekiem niż zadowoloną świnią”.

- Rzeczywiście, im bardziej zwierzę różni się od nas, tym trudniej ocenić jego cierpienie. Nie mam pojęcia, jak np. cierpi wąż. Ponieważ jednak nie mam pojęcia, muszę zakładać, iż w pewnych okolicznościach jego cierpienie jest spore. Ale podobnie jest z niemowlęciem – skalę jego cierpienia też mi trudno ocenić. Możemy na te tematy filozofować, natomiast robienie szczegółowych porównań, kto w konkretnej sytuacji cierpi bardziej – człowiek czy świnia – wydaje mi się mało sensowne.

Prawdziwy problem w tym, że człowiek, zadając zwierzętom ból, w ogóle nie przyjmuje do wiadomości, iż naraża je na straszliwe cierpienia. No bo jak inaczej nazwać to, co dzieje się – także u was, w Polsce – np. ze świniami? Te koszmarne fermy, pełne ciasnych, śmierdzących, betonowych boksów. W każdym z nich stłoczone ponad miarę, brudne, duszące się od smrodu, ogłupiałe świnie. A do czego to nam potrzebne? Ano po to, by jak najmniejszym kosztem wyprodukować szynkę, wieprzowinę, kiełbasę czy bekon, i to w sytuacji, kiedy możemy spokojnie wyżywić się bez tych wszystkich rarytasów. Zwierzęta są na straconej pozycji, nawet jeśli stosunkowo mało ważne interesy ludzi stoją w sprzeczności z ich podstawowymi, życiowymi interesami.

Dlaczego mamy mieć obowiązki wobec zwierząt, skoro one nie mają obowiązków wobec nas?

- To prawda. Ale rozpatrzmy następujący przypadek: budujemy elektrownię jądrową, a pochodzące z niej radioaktywne odpady umieszczamy w stalowej beczce i wrzucamy do Bałtyku. Przez najbliższe 150 lat nikomu z tego powodu włos z głowy nie spadnie, ale po tym okresie beczka skoroduje i odpady będą niszczyć środowisko przez kolejne 100 tys. lat. Teoretycznie nie warto się przejmować tymi, którzy urodzą się za 150 lat, bo oni nie mogą się nam odwdzięczyć, a jednak nie powinniśmy wrzucać radioaktywnych beczek do morza. Marna byłaby to etyka, która opierałaby się wyłącznie na zasadzie wzajemności.

Człowiek może debatować nad słusznością swojego postępowania.

- Racja, ale nie możemy prowadzić takich dyskusji z nowo narodzonymi dziećmi ani z ludźmi głęboko upośledzonymi umysłowo. Tymczasem nikt nie podważa tego, że mamy wobec nich moralne obowiązki. Byłoby bardzo niemoralne, gdybyśmy traktowali ludzi głęboko upośledzonych w taki sposób, w jaki traktujemy dziś zwierzęta.

Z ludźmi upośledzonymi dzielimy jednak przynależność do Homo sapiens.

- Nasz dzisiejszy stosunek do zwierząt skażony jest szowinizmem gatunkowym, który moim zdaniem niewiele się różni od rasizmu. Zaakceptowanie wyższości Homo sapiens stawia nas w takiej sytuacji jak rasistów dających preferencje tym, którzy są przedstawicielami ich rasy. Skoro mam więcej wspólnych genów z ludźmi pochodzącymi z Europy niż z Afryki, czy to mnie uprawnia, bym traktował Europejczyków lepiej niż czarnych?

Nie pojmuję, dlaczego mielibyśmy akceptować tradycję, która stawia Homo sapiens na piedestale. Ta tradycja wywodzi się z chrześcijaństwa głoszącego, iż człowiek został stworzony na obraz i podobieństwo Boga, a zwierzęta nie. Bóg sprawił, że panujemy nad zwierzętami. Nie uznaję tych prawd i dlatego uważam, że nie mamy prawa stawiać granicy w tym miejscu.

Ameryka

Czy dzisiejsze społeczeństwa ewoluują w stronę porzucenia etyki świętości życia?

- Stany Zjednoczone – nad czym zresztą ubolewam – zmierzają w kierunku protestanckiego chrześcijaństwa. Ale niektóre kraje, choćby skandynawskie, Holandia, Australia czy w jakiejś mierze Wielka Brytania, dążą w kierunku poglądów utylitarystycznych. Jednak trudno mi powiedzieć, czy to tendencja ogólnoświatowa.

Dlaczego martwi Pana religijność Amerykanów?

- Religia uniemożliwia odnalezienie własnego światopoglądu, utrudnia krytyczne dokonywanie wyborów. Choć w USA więcej ludzi chodzi do kościoła niż w Europie, to jednocześnie Amerykanie są bardziej samolubni. USA są krajem, który przeznacza bardzo mało funduszy na pomoc zagraniczną, znacznie mniej – jeśli popatrzeć na procent PKB – niż kraje skandynawskie czy Holandia i mniej niż inne kraje europejskie. USA odmówiły też podpisania porozumienia z Kioto, co moim zdaniem świadczy o egoizmie. Amerykanie nie myślą o innych.

Nie zauważyłem też, by Amerykanie dzięki religii mieli bardziej satysfakcjonujące życie. Jeżeli przyjrzymy się mniej religijnym Włochom czy Francji, to stwierdzimy, że może w tych krajach ludzie żyją w jakiś sposób pełniej. Nie poświęcają tyle uwagi co Amerykanie kupowaniu różnych towarów, zarabianiu pieniędzy, nie martwią się bez przerwy o większy samochód czy dom.

Nie obawia się Pan, że Pańska filozofia może być użyta przeciwko słabym i chorym w niedemokratycznych krajach? Marks był przerażony, gdy dowiedział się, że jego idee znajdują podatny grunt w carskiej Rosji.

- Zawsze należy się liczyć z tym, że ktoś użyje naszych przekonań do niecnych celów. Przez wieki autorytarni przywódcy wypaczali chrześcijańską doktrynę, po to by niszczyć przeciwników politycznych i siać nienawiść wśród niechrześcijan. Najlepiej byłoby nie trzymać się kurczowo opartej na religii etyki świętości życia, lecz respektować różnorodne poglądy i stwarzać klimat do otwartej dyskusji.

Takie kraje jak Holandia, gdzie eutanazja jest zalegalizowana, mogą być dobrym wzorem do naśladowania, ale tylko dla tych państw, które mają opiekę medyczną na wysokim poziomie. Dla krajów, w których nikt nie decyduje się na eutanazję dlatego, że go nie stać na leczenie, i w których lekarze mają bliski kontakt ze swoimi pacjentami. To nie jest wzór dla wszystkich.

Czy Pana poglądy nie są tylko intelektualną prowokacją?

- Owszem, sprawia mi przyjemność, gdy zmuszam ludzi do przemyślenia swoich poglądów, ale nie wydaje mi się, bym kiedykolwiek powiedział coś, w co nie wierzyłem. Niektórzy etycy starają się mówić tak, by zapewnić ludzi, że w gruncie rzeczy wszystko jest w porządku. Ja tylko, bardziej niż inni, otwarcie stawiam problemy.

Powinniśmy być przygotowani do zmiany naszych przekonań, a przynajmniej rozważyć je na nowo. Zauważmy, jak wiele spośród ważnych moralnych przekonań uległo ostatnio fundamentalnym zmianom. Chociażby w kwestii rasizmu. 50-60 lat temu w niektórych stanach USA ludzie byli przekonani, że małżeństwa pomiędzy ludnością pochodzenia afrykańskiego a białymi są głęboko niestosowne. Dziś nikt już tak nie myśli. Albo homoseksualizm. Jeszcze całkiem niedawno mówiono, że to grzech albo choroba psychiczna. Jest wiele innych poglądów – choćby nasz stosunek do życia i śmierci – które powinniśmy na nowo przemyśleć i których nie powinniśmy traktować z góry jako nienaruszalne.

Rozmawiali Sławomir Zagórski i Tomasz Żuradzki

*** Prof. Peter Singer – jeden z najsłynniejszych współczesnych bioetyków, pracuje w Center of Human Values na uniwersytecie Princeton i na Uniwersytecie w Melbourne. Urodził się w 1946 r. w Australii. Jest zwolennikiem utylitaryzmu – kierunku filozoficznego, który w swojej klasycznej postaci głosi, że jedynym kryterium oceny naszego postępowania jest to, czy przynosi ono największe szczęście największej liczbie ludzi. Najsłynniejszym dziełem Singera jest wydane w 1975 roku (w Polsce w 2004 roku) “Wyzwolenie zwierząt”, w którym uznaje, że każda istota zdolna do odczuwania cierpienia – bez względu czy jest to człowiek czy zwierzę – zasługuje na to by wziąć pod uwagę jej cierpienie. W 1994 roku opublikował książkę “O życiu i śmierci. Upadek etyki tradycyjnej” (wydanie polskie – 1997 rok), w której dowodzi, że w związku z postępem medycyny etyka oparta na zasadzie świętości życia ludzkiego nie da się dłużej utrzymać. Jest też autorem przetłumaczonego na kilkanaście języków podręcznika “Etyka praktyczna” (wydanie polskie – 2003 rok). Największe kontrowersje wzbudza jego poparcie dla eutanazji – także tej przeprowadzanej na nieuleczalnie chorych dzieciach – oraz pomysł, by rodzice mieli prawo decydować o tym, czy chcą mieć dziecko nawet po jego urodzeniu. Singer od ponad 30 lat jest wegetarianinem, cały dochód ze sprzedaży “Etyki praktycznej” przeznaczył na rzecz walczącej z głodem agencji Oxfam.

Posted in Brak | 7 Comments »

7 Responses

  1. Ania:

    no dobrze…
    Singer jest zwolennikiem utylitaryzmu “- kierunku filozoficznego, który w swojej klasycznej postaci głosi, że jedynym kryterium oceny naszego postępowania jest to, czy przynosi ono największe szczęście największej liczbie ludzi.”

    Weźmy jeden naród N powiedzmy (liczy on ok 40 milionów ludzi) i odpowiednią doktrynę która przekona daną społeczność, że ów naród bardzo cierpi pod wpływem działalności pewnego innego narodu P (ok 20 milionów osób). Naród N zabija w imię swej doktryny 1 przedstawiciela narodu P. 40 milionów ludzi jest z tego powodu zadowolonych, 20 milionów bez jednego człeka – nie bardzo. Następnie naród N bierze następnego przedstawiciela narodu P. I tak dalej… tak działając można wybić całe 20 milionów – naród P.
    Gdy Narodowi N się znudzi stara doktryna i wymyśli sobie nową, w Narodzie N nastąpi rozłam na ludzi wierzących w starą i nową ideę…
    W stosunku 2:1. Zwolennicy starej doktryny mogą wybić swoich przeciwników bez żadnych konsekwencji.
    I tak dalej…
    Po skończonej ilości czasu na Ziemi zostaje 2 ludzi…

    “- W naszym świecie to wyłącznie ludzie mają najrozmaitsze prawa, zwierzętami zaś, niestety, mało kto się przejmuje. Tymczasem ja uważam, że każde stworzenie zdolne do tego, by cierpieć, ma prawo, by jego cierpienie zostało zauważone. Powinniśmy odrzucić doktrynę, która stawia życie przedstawicieli naszego gatunku ponad życiem przedstawicieli innych gatunków. Z punktów widzenia różnych istot każde życie ma taką samą wartość”

    Jeżeli życie mrówki ma taką samą wartość jak życie Singera – to w takim układzie nie ma on prawa wybudować domu. Przecież w glebie znajduje sie bardzo bogata flora i fauna, którą się niszczy kopiąc fundamenty i zalewając je betonem…

  2. pygygy:

    Co do drugiego paradoksu – to nie jest do końca tak, że wg Singera wszystkie istnienia mają tę samą wartość. Singer przedstawia w “Upadku…” kryterium, które decyduje o wartości życia, tyle że nie jest nim gatunek jako taki (ludzie ponad zwierzęta, np.), ale rozwój psychiczny (szympansy ponad dziećmi z bezmózgowiem, np.). To jest oczywiście przerażające, ale nie wewnętrznie sprzeczne. Arbitralne jest natomiast kryterium przyjmowane przez Singera (rozwój psychiczny) – bo niby dlaczego nie np. rozwój fizyczny? I ta arbitralność jest słabą stroną koncepcji Singera. Odrzuca kryterium gatunkowe jako arbitralne, a sam przyjmuje kryterium “rozwoju psychicznego”, któremu można zarzucić to samo.

  3. olka:

    Co do kryterium rozwoju psychicznego – wybór takiego kryterium można by uzasadnić tym, że im wyższy poziom rozwoju psychicznego, tym większa zdolność odczuwania cierpienia, i tym większego cierpienia (nie jestem dobra z biologii itp., ale chyba tak jest, biorąc oczywiście pod uwagęnie tylko cierpienie fizyczne ale i psychiczne). Zresztą, rozwój psychiczny też się z fizycznym przecież wiąże zazwyczaj (w sensie układ nerwowy czy coś :)). No, a że cierpienie jest czymś złym – to stwierdzenie wydaje się być mało arbitralne – chyba wiekszość z tych, którym zdarzało się cierpieć, jest skłonna się z tym zgodzić :), tak już skonstruowani jesteśmy.
    I teraz – im mniej cierpienia, tym lepiej, im więcej, tym gorzej (ten krok rozumowania jest chyba dość intuicyjny, zrozumiały).
    O ile życie nie jest wartością samą w sobie (a chyba Singer nie zakłada, że jest), to jego utrata jest czymś złym dlatego, że powoduje cierpienie. Im wyższy rozwój psychiczny, tym większe cierpienie.
    Jeszcze trzeba by też wziąć pod uwagę cierpienie istot, które ewentualnie cierpią z powodu straty (które również może być większe/mniejsze w zależności od rozwoju psychicznego owych istot). Stąd pewnie życie pieska, do którego mocno przywiązana jest cała rodzina, byłoby więcej warte od życia człowieka, który miałby umrzeć zupełnie pozbawiony świadomości, nie cierpiąc (taka hipotetyczna sytuacja) oraz którego śmierć nie spowodowałaby niczyjego cierpienia. A już zupełnie jeśli życie tego człowieka wiązałoby się z cierpieniem (a jego śmierć z brakiem tego cierpienia).
    Tylko problem w tym, jak porównywać jedno cierpienie z drugim, jak mierzyć, sumować itp. ilość cierpienia (choć przecież często “widać” jasno, które cierpienie jest większe, które mniejsze). Pewno kryterium byłby znowu ów rozwój psychiczny – relacja zwrotna, jednak pewnie nie zawsze byłoby to kryterium wystarczające.
    Czyli, oparte jest to, myślę, po prostu na załozeniu, na które wskazuje nasze elementarne doświadczenie, że cierpienie jest czymś złym (oraz na oczywistym, czy nawet tautologicznym stwierdzeniu, że im mniej tego, co złe, tym lepiej).

  4. waldi:

    To ja, jako przedstawiciel “tych złych zjadaczy mięsa” się wypowiem ;)

    Po pierwsze: tak, gdyby to było konieczne zabiłbym i zjadł jakiegoś zwierzaka. Nie widzę tu żadnego problemu, o ile myśliwy się nie znęca nad zwierzyną. Zabijanie zwierząt nie jest niemoralne. Niemoralne jest znęcanie się nad nimi. Zabijanie zwierząt to normalna kolej rzeczy. Białko zwierzęce zawiera mnóstwo składników odżywczych, niemożliwych do zastąpienia przez soje, papki ani inne szemrane substytuty. A że jest do tego smaczne… ;)

    Po drugie: wegetarianizm jest dobrowolnym masochizmem. I nie tylko ze względów zdrowotnych. wegetarianie są często bezpłodni, słabsi fizycznie i bardziej podatni na choroby.

    To teraz wróćmy do tematu ;)

  5. ?:

    Wegetarianizm jest według mnie hipokryzją. Wegetarianie szczycą się tym, że szanują życie ale czy rośliny nie są żywymi istotami? Oczywiście, że są! Czy to że nie są w stanie głośno protestować ani uciekać ma czynić je czymś gorszym od zwierząt? Nie sądzę. Niestety zabijanie w celu zdobycia pożywienia jest nieodłącznym elementem życia na tej planecie, nie ma w tym nic złego. Jedyne co możemy zrobić to unikać niszczenia życia tam gdzie nie jest to naprawdę niezbędne.

  6. olka:

    Co do wegetarianizmu, i Singera również ;)
    Kamila napisała:
    “Żeby uzasadnić, że złem jest zabicie dziecka z bezmózgowiem, ale nie na przykład inteligentnego szczura, trzeba wykazać, że człowiek istotnie różni się od zwierzęcia. To zaś jest trudne, jeżeli nie niemożliwe. (Moim zdaniem to jest niemożliwe).”
    No tak. “Normalnie” nie jest możliwe.
    To, że traktujemy życie ludzkie jako wartość samą w sobie, że przypisujemy każdemu człowiekowi niezbywalną godność, taką samą moralną wartość – w ogóle koncepcja praw człowieka – wzięło się z chrześcijaństwa*. Wcześniej tego nie było. Niewolnika traktowano jak zwierzę i nikogo to nie dziwiło. Por. poglądy Platona, Arytotelesa.

    To chrześcijaństwo nadało człowiekowi szczególny status, postawiło go w centrum wszechświata – to człowieka Bóg bezgranicznie umiłował. U św. Tomasza, z tego co pamiętam, jest właśnie tak, że wszystkie inne stworzenia, które są na świecie (łącznie z aniołami) są dla człowieka.
    Zresztą, “czyńcie sobie ziemię poddaną” (Rdz).
    Albo, z Ps. 8:
    “5 czym jest człowiek, że o nim pamiętasz,
    i czym – syn człowieczy, że się nim zajmujesz?
    6 Uczyniłeś go niewiele mniejszym od istot niebieskich5,
    chwałą i czcią go uwieńczyłeś.
    7 Obdarzyłeś go władzą nad dziełami rąk Twoich;
    złożyłeś wszystko pod jego stopy:
    8 owce i bydło wszelakie,
    a nadto i polne stada,
    9 ptactwo powietrzne oraz ryby morskie,
    wszystko, co szlaki mórz przemierza”

    Zmierzam do tego, że przekonanie o tym, że zabijanie i jedzenie zwierzątek nie jest niczym złym, jest chrześcijańskie (gdyby ktoś miał wątpliwości – Pan Jezus jadł ryby przecież :)).
    I do tego, że jest ono specyficznie chrześcijańskie – wynika z chrześcijańskich aksjomatów. Nie ma więc nic dziwnego w tym, że kiedy odrzucimy te aksjomaty, wątpliwa może się wydawać różnica jakościowa pomiędzy zwierzęciem a człowiekiem. I że powstaje, całkiem racjonalna, etyka Singera.

    Owszem, obecnie nie potrzeba wiary w Boga, żeby wierzyć w prawa człowieka. Ale – właśnie – żeby wierzyć. Z ich uzasadnieniem filozoficznym, racjonalnym, jest już pewien problem. Prekursorzy koncepcji praw człowieka byli chrześcijanami. Obecnie obrońcom praw człowieka słusznie zarzuca się, w sporach filozoficznych, że nie umieją ich uzasadnić, wskazać podstaw. Poza tym, wśród obrońców praw człowieka nie bedących chrześcijanami zaobserwować można ostatnio tendencję do zawężania kręgu istot, którym owe niezbywalne prawa (prawo do życia chociażby) przysługują (spory o aborcję, eutanazję itp.).

    *chrześcijaństwo i judaizm potraktuję tutaj łącznie – judaizm jako wstęp do chrześcijaństwa, bo po pierwsze się na nim nie znam ;), a po drugie chodzi mi o cywilizację europejską, na którą sam judaizm nie wywarł wielkiego wpływu w tym aspkecie

Wstaw komentarz

Zrezygnowaliśmy ze wstrzymującej komentarze moderacji - odpowiadaj za swoje słowa tak jakby nie było tu anonimowości. Zgoda?