<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Klub Terapii Obywatelskiej &#187; Brak</title>
	<atom:link href="http://www.kto.org.pl/category/brak-kategorii/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://www.kto.org.pl</link>
	<description>tylko śnięte ryby płyną z prądem</description>
	<lastBuildDate>Sun, 07 Feb 2010 18:22:07 +0000</lastBuildDate>
	<generator>http://wordpress.org/?v=2.9.1</generator>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
			<item>
		<title>A my tu po co?</title>
		<link>http://www.kto.org.pl/45/</link>
		<comments>http://www.kto.org.pl/45/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 06 Jun 2007 14:35:13 +0000</pubDate>
		<dc:creator>magdalena.kedzierska</dc:creator>
				<category><![CDATA[Brak]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.kto.org.pl/45/</guid>
		<description><![CDATA[To dobre pytanie jest, bo…
Problem naszej współczesnej cywilizacji polega na tym, że przestała zadawać pytania sobie samej. Niepostawienie pewnych pytań pociąga za sobą bardziej niebezpieczne skutki niż nieumiejętność dania odpowiedzi na te, które objęto już oficjalnym programem. Natomiast zadanie źle sformułowanego pytania zbyt często pomaga odwrócić uwagę od zagadnień naprawdę istotnych. Cenę milczenia płaci się [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>To dobre pytanie jest, bo…</p>
<p><em>Problem naszej współczesnej cywilizacji polega na tym, że przestała zadawać pytania sobie samej. Niepostawienie pewnych pytań pociąga za sobą bardziej niebezpieczne skutki niż nieumiejętność dania odpowiedzi na te, które objęto już oficjalnym programem. Natomiast zadanie źle sformułowanego pytania zbyt często pomaga odwrócić uwagę od zagadnień naprawdę istotnych. Cenę milczenia płaci się w walucie ludzkich cierpień. W końcu to właśnie stawiając dobre pytania, sprawiamy, że los różni się od przeznaczenia, a dryfowanie od żeglugi. Kwestionowanie niepodważalnych przesłanek, na których opiera się konstrukcja naszego sposobu życia, jest zadaniem, które powinniśmy podjąć zarówno ze względu na naszych współtowarzyszy w człowieczeństwie, jak i nas samych.</em>
<p>
<strong>Zygmunt Bauman</strong></p>
<p>Ale akurat na to pytanie to my odpowiedź mieliśmy zanim zostało ono postawione…</p>
<p>&#8220;Bo my jesteśmy zdegustowani. Głównie tym, że – w myśl znanego rozróżnienia – z obywateli stajemy się konsumentami. Czyli, że horyzontem pokoleniowych pragnień – zamiast szlachetnej troski o dobro wspólne – staje się domek z ogródkiem i sobotnim grillem.</p>
<p>Więc chcielibyśmy sobie pewne rzeczy przemyśleć na nowo. Przemyśleć, czy aby na pewno obecna wersja kultury i gospodarki jest jedynie możliwą. Czy aby na pewno miała rację pewna Margaret T., która wmawiała wszystkim, że „There Is No Alternative” (TINA). Co do nas, to nie wierzymy, aby mogło być aż tak źle :). Czyli że musi być alternatywa. A więc AntyTINA. W gruncie rzeczy to właśnie tak moglibyśmy się nazywać.&#8221;</p>
<p>Idea grupy dyskusyjnej powstała w umyśle ojca Macieja Roszkowskiego już kilka lat temu. Marzeniem Ojca zdawały się być czasy, w których na  krużgankach krakowskiego klasztoru dominikanów tłoczyli się dumni rewolucjoniści w rozciągniętych swetrach&#8230; Co więcej, dyskutując o sprawach wagi najwyższej, palili na tych krużgankach papierosy&#8230; Rewolucyjne czasy, rewolucyjne obyczaje&#8230; Ojciec Maciej kilka razy próbował wskrzesić ducha rewolucji &#8211; niestety zawsze liczba rewolucjonistów, poczatkowo nawet całkiem spora, zmniejszała się do kilku najdzielniejszych, których bez problemu mógł pomieścić klasztorny karcer&#8230;</p>
<p>
I tak, z nadziei, że &#8220;może tym razem&#8230;&#8221; powstało w &#8220;Beczce&#8221; KTO. Ojciec, nauczony doświadczeniem, zorganizował pierwsze spotkanie w kacerze, który wyjątkowo okazał się za mały. I za mały był nie tylko podczas pierwszego spotkania, a spajająca nas nie jedynie duchowo ciasnota (bynajmniej nie umysłów) towarzyszyła dyskusjom KTO-siów do czerwca&#8230;</p>
<p><strong>CO zrobił KTO? </strong></p>
<p>KTO rozmawiał i dyskutował, KTO czytał i rozmyślał; KTO nakręcił nawet swój własny film o prawach autorskich. </p>
<p> <strong>Tematy, które nas zajęły:</strong>
</p>
<p><li>Interes własny czy dobro wspólne?
</li>
<li>Wspólnota solidarna
</li>
<li>Łamanie praw człowieka w Tybecie
</li>
<li>Czy w imię odpowiedzialności za większe dobro nie należy przemilczać krzywd pewnych narodów?
</li>
<li> Mieszczaństwo i mieszczańskość
</li>
<li>Czy Powstanie Warszawskie było słusznym zrywem?
</li>
<li>Jacy z nas &#8220;Edukatorzy&#8221;? (refleksja nad filmem Hansa Weingartnera)
</li>
<li>Wizja świata bez praw autorskich
</li>
<li>Co nam dziś pozostało z patriotyzmu
</li>
<li>Człowiek w społeczeństwie informacyjnym
</li>
<li>Feminizm
</li>
<li>O oślizgłej konsumpcji
</li>
<li>Każde życia warte życia? &#8211; wizja świata Petera Singera
</li>
<li>Rzeczywistość (nie)wirtualna
</li>
<li>Czy naszym życiem rządzi Przypadek? (tym razem film Krzysztofa Kieślowskiego)
</li>
<li>Co z tym pokoleniem &#8220;nic&#8221;?</li>
</p>
<p>
Wreszcie &#8211; <strong>KTO planuje działać dalej</strong>. Poniżej dotychczas poufny &#8220;protokół&#8221; z jednego z ostatnich naszych spotkań czerwcowych. Burza mózgów, a pośród wypowiedzi wszelakich liczne perełki z pomysłami ocierajacymi się o genialność</p>
<p> <a href='http://www.kto.org.pl/wp-content/uploads/2007/07/co-zamierzamy.pdf' title='co-zamierzamy.pdf'>co zamierzamy.pdf</a></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.kto.org.pl/45/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Nie każde życie warte życia?</title>
		<link>http://www.kto.org.pl/nie-kazde-zycie-warte-zycia/</link>
		<comments>http://www.kto.org.pl/nie-kazde-zycie-warte-zycia/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 07 May 2007 09:14:19 +0000</pubDate>
		<dc:creator>maciej.roszkowski</dc:creator>
				<category><![CDATA[Brak]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.kto.org.pl/nie-kazde-zycie-warte-zycia/</guid>
		<description><![CDATA[Kochani. Jutrzejsze spotkanie proponowałbym poświęcić Peterowi Singerowi. Peter Singer jest jednym z najbardziej szokujących etyków, którego propozycje rozwiązań niektórych problemów etycznych brzmią jak z czarnych filmów science fiction. Jest zwolennikiem nie tylko aborcji, ale i eugeniki oraz zwolennikiem eutanazji nie tylko osób starszych, ale i w ogóle specyficznie chorych. No&#8230; Singer napisał taką książkę: &#8220;Upadek [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Kochani. Jutrzejsze spotkanie proponowałbym poświęcić Peterowi Singerowi. Peter Singer jest jednym z najbardziej szokujących etyków, którego propozycje rozwiązań niektórych problemów etycznych brzmią jak z czarnych filmów science fiction. Jest zwolennikiem nie tylko aborcji, ale i eugeniki oraz zwolennikiem eutanazji nie tylko osób starszych, ale i w ogóle specyficznie chorych. No&#8230; Singer napisał taką książkę: &#8220;Upadek etyki tradycyjnej&#8221;, która jest szerszą prezentacją jego poglądów (i która wywołała kilka lat temu nie lada skandal). My polecamy (poniżej) jedynie wywiad z nim. Wystarczająco szokujący.<br />
Co ważne &#8211; tak naprawdę, to bardzo trudno znaleźć racjonalne argumenty &#8220;kontra&#8221;. Serio. Sami zobaczycie. I to jest w tym wszystkim najbardziej przerażające, bo oznacza, że z czasem jego poglądy mogą zyskać coraz większą liczbę zwolenników (stanie się to wtedy, gdy ludzie zobaczą, że są możliwe rzeczy, które im się nie śniły, przed którymi wzbraniają się jako przed niemożliwymi=nieludzkimi)<br />
Więc warto, abyśmy poświęcił koncepcjom tego pana swój czas.<br />
o. m.</p>
<p><span id="more-29"></span></p>
<p>Wywiad z Peterem Singerem, zamieszczony onegdaj w GW:</p>
<p><strong>Nie każde życie jest warte życia</strong></p>
<p>Rozmowa z Peterem Singerem 04-02-2005, ostatnia aktualizacja 04-02-2005 20:34</p>
<p><em>Postęp technologiczny w medycynie jest nie do pogodzenia z zasadą świętości życia ludzkiego. Ludzie od dawna nie wierzą w tę zasadę i się do niej nie stosują</em> &#8211; mówi znany z radykalnych poglądów etyk Peter Singer</p>
<p><strong>Sławomir Zagórski, Tomasz Żuradzki: Rodzice dokładnie planują nie tylko narodziny dzieci, ale &#8211; dzięki zapłodnieniu in vitro &#8211; także ich genetyczne wyposażenie. Za życia wszyscy są wegetarianami, szanują zwierzęta, noszą buty ze skaju. Dzięki eutanazji umierają w porę, bez bólu, oszczędzając cierpień sobie i rodzinie. Taki jest idealny świat w Pańskich książkach.<br />
</strong></p>
<p>Peter Singer: To całkiem pociągająca wizja. Mam wątpliwości, jeśli chodzi o zapłodnienie in vitro. Naturalny sposób prokreacji jest zdecydowanie łatwiejszy i mniej kosztowny. Jeśli jednak chcemy wprowadzać jakieś genetyczne ulepszenia, to musimy skorzystać z in vitro.</p>
<p><strong>Nie widzi Pan nic odrażającego w genetycznym ulepszaniu ludzi?</strong></p>
<p>- Nie. Chciałbym, byśmy rodzili się wolni od zapisanych w naszych genach chorób. Później, kiedy już uda się nam dokonać odpowiednich odkryć, chciałbym, by dzięki genetyce ludzie stali się bardziej wrażliwi, bardziej współczujący, bardziej inteligentni. Zdaję sobie sprawę, że nie stanie się to ani jutro, ani pojutrze, ale kiedyś z pewnością do tego dojdziemy.</p>
<p><strong>Nie przeraża Pana wizja, że grozi nam koniec ludzkości jako jednego gatunku? Dzieci bogatych będą mądre i piękne dzięki inżynierii genetycznej, a dzieci biednych odziedziczą cały bagaż złych genów.</strong> </p>
<p>- Ja w to nie wierzę. W moim idealnym świecie nie będzie podziału na bogatych i biednych. Nie będzie w nim miliardów nędzarzy, którzy nie są w stanie zapewnić dzieciom opieki medycznej i wykształcenia. Najpierw musimy zaspokoić podstawowe potrzeby ludzi, ale kiedyś dojdziemy także do tego, że każdy z nas będzie miał wpływ na to, jakie dzieci mu się urodzą.</p>
<p><strong>Twierdzi Pan, że człowiek niesłusznie uzurpuje sobie prawo króla wszystkich stworzeń i zabija zwierzęta. Jednocześnie odrzuca Pan fundamentalną dla chrześcijan zasadę świętości życia, mówiąc, że liczy się wyłącznie jego jakość.</strong> </p>
<p>- O świętości życia ludzkiego mówi się na prawo i lewo, ale ludzie od dawna nie wierzą w tę zasadę i się do niej nie stosują. Nie mówią wprost o tym, co robią, lecz zasłaniają się stwierdzeniami typu: &#8220;Nie kończymy życia, tylko odłączamy nadzwyczajne środki podtrzymujące życie&#8221;. Albo: &#8220;Podajemy morfinę nie po to, by zakończyć życie, ale by uśmierzyć ból, choć wiemy, że taka dawka będzie śmiertelna&#8221;. Podobnych przykładów są dziesiątki i dlatego moim zdaniem idea świętości życia już nie obowiązuje. Postęp technologiczny w medycynie jest nie do pogodzenia z zasadą świętości życia ludzkiego.</p>
<p><strong>Ależ to jest podstawa naszej cywilizacji, praw człowieka, szacunku dla drugiego człowieka!</strong> </p>
<p>- Ludzie od dawna nie traktują życia jako wartości najwyższej. Mamy dziś największą epidemię w historii świata. W Afryce wirusem HIV zakaziło się blisko 30 mln ludzi i bez leków ci ludzie umrą jak muchy. A my co? Rozprawiamy, że może za rok uda się nam leczyć co dziesiątego z nich. A jaką mamy dla nich radę, by postawić tamę wirusowi? Wierność i wstrzemięźliwość. I jak się ma do tego świętość życia? Moim zdaniem etyka świętości życia stała się czysto retoryczna.</p>
<h2>Narodziny</h2>
<p><strong>Tyle że porzucenie zasady świętości życia ludzkiego na rzecz troski o jego jakość prowadzi do szokujących konsekwencji. Może się okazać, że czasami większym złem jest np. zabicie dorosłego szympansa niż nowo narodzonego dziecka.</strong> </p>
<p>- Nowo narodzone dzieci mają zazwyczaj rodziców, którzy się nimi opiekują, i śmierć noworodka jest dla nich oczywistą tragedią. Być może dla matki szympansicy jest to także tragedia, ale sądzę, że ludzie odczuwają to bardziej dotkliwie. Dlatego w normalnych warunkach zabicie nowo narodzonego dziecka jest większym złem.</p>
<p>Faktycznie zdarzają się też przypadki, gdy rozstrzygnięcie tego dylematu jest trudniejsze. Wyobraźmy sobie np. sytuację, że rodzice nie chcą, by ich dziecko żyło, bo jest bardzo ciężko chore, i wydaje im się, że jego życie nie byłoby dobrej jakości lub że ciężar opieki nad nim utrudniłby w znacznym stopniu opiekę nad pozostałymi dziećmi. W takim przypadku śmierć dziecka nie jest aż taką tragedią, można się z nią łatwiej pogodzić niż ze śmiercią szympansa, ponieważ nie wpływa ona negatywnie na nikogo, a możliwości dorosłego szympansa są znacznie większe niż ludzkiego noworodka.</p>
<p>Naturalnie, rozpatrujemy to czysto teoretycznie &#8211; proszę nie zrozumieć, że ja kogokolwiek namawiam do eksterminacji zdrowych niechcianych dzieci.</p>
<p><strong>Idąc za Pańskim rozumowaniem, możemy uznać, że życie jednych ludzi jest bardziej wartościowe od życia innych, np. wartość życia noworodka jest niższa od wartości życia dorosłego człowieka!</strong> </p>
<p>- Bo tak rzeczywiście jest. Amerykański filozof James Rachels wymyślił określenie &#8220;żyć życiem biograficznym&#8221;. Chodzi o zdawanie sobie sprawy z tego, że istniejemy w czasie. Otóż dorosły człowiek może rozmyślać o swoim życiu, może planować, co zrobi w przyszłości, a noworodek tego wszystkiego nie potrafi. Zabicie dorosłego bez jego zgody jest uniemożliwieniem spełnienia jego pragnień; zabicie noworodka nie prowadzi do niespełnienia pragnień, bo noworodek ich nie ma. W tym kontekście przerwanie biografii w pół drogi jest większą krzywdą niż śmierć istoty, która nie ma świadomości, kim jest, i nie może jeszcze niczego planować.</p>
<p><strong>Pan próbuje obalić nasze intuicje dotyczące równej wartości życia wszystkich ludzi, bez względu na wiek, rasę, płeć, inteligencję&#8230;</strong> </p>
<p>- Proszę zwrócić uwagę na to, czyją śmierć przeżywamy najboleśniej. Można to opisać w postaci krzywej obrazującej zależność pomiędzy wiekiem osoby, która umiera, a poziomem cierpienia, jaki ten fakt wywołuje wśród najbliższych. Początkowo krzywa ściele się nisko, potem coraz gwałtowniej pnie się w górę, następnie osiąga plateau, by pod koniec życia znów wyraźnie opaść. Dość powszechnie uważa się, że śmierć noworodka jest mniejszą tragedią niż śmierć pięciolatka. To logiczne, bo w pięciolatka zainwestowaliśmy już przecież opiekę i miłość, wiemy, jaką osobą jest to dziecko. Pięciolatek wydaje nam się ważniejszą częścią społeczności niż noworodek. Podobnie na ogół mniej przeżywamy śmierć 90-letniej staruszki niż kogoś w kwiecie wieku.</p>
<p><strong>Ale nie da się jednoznacznie wyznaczyć granicy, poniżej której możemy uznać, że życie ludzkie jest niewarte istnienia. Czy nie lepiej przyjąć, że zawsze jest ono święte?</strong> </p>
<p>- Faktycznie, nie sposób wyznaczyć takiej granicy obiektywnie. Mogę jednak przytoczyć przypadki, kiedy życie wydaje się całkowicie pozbawione wartości. Na przykład życie dzieci rodzących się bez mózgu, których główki wypełnione są nie tkanką nerwową, lecz płynem. Takie dzieci nie mają i nigdy nie będą miały świadomości. Zwykle umierają dość szybko po porodzie, ale czasem wegetują przez kilka-kilkanaście miesięcy. Uważam, że taka wegetacja nie ma sensu, ponieważ wyłącznie powiększa cierpienie rodziców. Po to, by życie było warte przeżycia, musi istnieć świadomość. Dziecko bezmózgowe nie ma świadomości i dlatego jego życie nie jest warte, by trwać.</p>
<p>Jednak jeśli zaczniemy analizować inne, mniej dramatyczne przypadki chorób, ustalenie granicy, czyje życie ma jeszcze wartość, a czyje już nie, faktycznie staje się znacznie trudniejsze. Wyobraźmy sobie bowiem dwójkę dzieci chorych na rozszczepienie kręgosłupa [choroba, w wyniku której może nastąpić porażenie nóg, utrata kontroli nad wydalaniem, często także upośledzenie umysłowe - red.]. Jedno ma troskliwych rodziców, którzy otaczają je opieką, a drugie ląduje w domu opieki, bo rodzice je odrzucili. Czy jest różnica w wartości życia tej dwójki dzieci? Moim zdaniem odpowiedź narzuca się sama.</p>
<p><strong>To rozumowanie jest niedorzeczne. Rodzice kochający swoje poważnie chore dziecko mogą być szczęśliwi. Jednak zabiegając wyłącznie o jakość życia, powinniśmy ich namawiać, by pozbyli się chorego i zdecydowali na urodzenie kolejnego, zdrowego dziecka.</strong> </p>
<p>- To, jaką decyzję podejmą rodzice, powinno zależeć wyłącznie od ich uczuć i stopnia przywiązania do dziecka. Jeśli znajdują w sobie wystarczająco dużo miłości i sił, by opiekować się kalekim dzieckiem, to chwała im za to. Jeśli natomiast nie mają w sobie tych uczuć, powinni zdecydować się na drugie dziecko.</p>
<p><strong>Czy możemy uzależniać prawo do życia od woli rodziców?</strong> </p>
<p>- Nie zawsze i nie w każdej sytuacji. Jeśli np. dziecko miałoby cierpieć ponad miarę przez dziesięć lat, a następnie umrzeć, i być może przez całe swoje życie nie byłoby w stanie pojąć, co się wokół niego dzieje, to myślę, że byłoby lepiej, gdyby mogło odejść wcześniej. Decyzja rodziców o utrzymywaniu przy życiu ciężko chorego dziecka na siłę byłaby dla mnie okrucieństwem.</p>
<p>Natomiast w przypadku innych, lżejszych chorób uważam, że decydujący głos powinien należeć do rodziców. Ale nie powinni czuć przymusu, by urodzić i wychowywać dziecko, które będzie dla nich ciężarem, i by musieli potem do końca życia żałować, że nie mają innego, zdrowego dziecka. Podjęta decyzja powinna być wypadkową interesów rodziców i dziecka.</p>
<p><strong>Historia zna złowrogie konsekwencje takich poglądów &#8211; np. w Szwecji sterylizowano psychicznie chorych. </strong></p>
<p>- Trudno to pochwalać, zwłaszcza że choroby psychiczne nie są dziedziczne w 100 procentach. Jeśli istnieje poważne zagrożenie, że dziecko, które jakaś para może spłodzić, będzie bardzo cierpieć, a następnie umrze, to uważam, że należy zastosować wszelkie możliwe metody, by zapobiec ciąży. Nie wiem, czy zastosowałbym przymusową sterylizację, jednak na pewno próbowałbym przekonać ich, by nie mieli dzieci.</p>
<h2>Życie</h2>
<p><strong>Naprawdę nie potrafi Pan dostrzec, że cierpienie może prowadzić do czegoś pozytywnego? </strong></p>
<p>- Jestem pewien, że zdecydowana większość cierpienia, jaka jest na świecie, nie przynosi niczego dobrego. Gdyby udało się zlikwidować lwią część cierpienia, i tak pozostałaby odrobina, która byłaby wystarczającym kontrastem, by odczuwać szczęście.</p>
<p>Ludziom potrzeba umiarkowanego niedostatku rzeczy, których pożądają lub potrzebują, by osiągnąć spełnienie. Ale naprawdę nie potrzebują cierpieć.</p>
<p><strong>Nasze cierpienie może nadawać sens życiu. W chrześcijaństwie może prowadzić do zbawienia, nawet egzystencjalista Albert Camus pisał w &#8220;Dżumie&#8221; o potrzebie świeckiego heroizmu.</strong></p>
<p>- Nie zgadzam się z postulatami religii. Szczególnie chrześcijaństwo ma kłopoty z wyjaśnieniem problemu cierpienia. Jeżeli Bóg jest wszechpotężny i dobry, to trudno zrozumieć, dlaczego istnieje cierpienie. Wydaje mi się, że istnieje pewna psychologiczna potrzeba, by móc powiedzieć, iż w gruncie rzeczy dzięki cierpieniu w jakiś sposób sprawy zawsze przybierają pozytywny obrót.</p>
<p><strong>Traktuje Pan gloryfikację cierpienia przez religie jak jakieś dziwactwo.</strong> </p>
<p>- Uważam za niepoważne mówienie, że cierpienie samo w sobie jest dobre. Gdybym wyruszył do biednego rozwijającego się kraju, by pomóc jego mieszkańcom, wiedząc, że narażę się na trudne warunki klimatyczne, że nie będzie tam kawiarenek i teatrów &#8211; to byłby to dobry uczynek, bo poświęciłbym się, by pomóc innym. W takim przypadku człowiek godzi się na cierpienie, ponieważ pragnie pomóc innym. Takich ludzi podziwiam. Jednak gdy ktoś twierdzi, że cierpienie samo w sobie jest dobre &#8211; to uważam, że jest w błędzie. Nie uważam, by godne pochwały było np. samobiczowanie się lub umartwianie na pustyni praktykowane przez chrześcijańskich świętych. Sądzę zresztą, że większość ludzi podziela moją opinię.</p>
<p><strong>Jeśli przyjmiemy, że naszym moralnym obowiązkiem jest wyłącznie zmniejszanie sumy cierpienia w świecie, to dojdziemy do absurdalnych konsekwencji &#8211; np. możemy zabić dorosłego człowieka, który jest potwornie bogaty, a przy tym skąpy, a jego liczna rodzina szczerze się ucieszy ze spadku.</strong> </p>
<p>- Mnie nie chodzi o szczęście, lecz o zaspokojenie potrzeb. Nie jestem hedonistycznym utylitarystą. Dla mnie ważne jest, by ludzie mogli zaspokoić swoje pragnienia, marzenia, potrzeby, swoje &#8211; jak to się to określa w języku etyki &#8211; preferencje.</p>
<p>Jeśli chodzi o uśmiercanie ludzi po to, by dysponować lepiej ich majątkiem &#8211; to trudno wyobrazić sobie wprowadzenie takiego prawa. Moglibyśmy to nazwać przypadkiem Raskolnikowa ze &#8220;Zbrodni i kary&#8221;. To uniemożliwiłoby istnienie stabilnego społeczeństwa, w którym ludzie pracowaliby, gromadziliby dobra i czuliby się bezpiecznie. Ale wyobraźmy sobie, że ta okropna osoba, która trzyma w garści wielki majątek i nie robi z niego pożytku, nagle ginie w wypadku samochodowym. W myśl mojej teorii świat stałby się lepszy, ponieważ dzięki temu cała jej rodzina zaspokoiłaby swoje preferencje.</p>
<p><strong>Czyli powinniśmy powstrzymać się od zabijania skąpych bogaczy nie z powodów etycznych, ale wyłącznie dlatego, że groziłoby to utratą stabilności społecznej? To jakiś absurd!</strong> </p>
<p>- Zabicie kogokolwiek, kto chce żyć, zawsze jest złem. Czasami korzyść wielu ludzi może jednak przeważyć zło wynikające z zabicia pojedynczej osoby. Nie możemy się jednak zgodzić na to, by prawo zabijania bogaczy było powszechne. Moja odpowiedź jest więc następująca: konsekwencje wynikające z zabójstwa są w takiej sytuacji na tyle poważne, że nie ma sensu zastanawiać się, jak bardzo zyskałyby na tym możliwości zaspokojenia potrzeb wielu ludzi.</p>
<h2>Śmierć</h2>
<p><strong>W Pańskim idealnym świecie to człowiek wybiera czas swojej śmierci. </strong></p>
<p>- Tak, chciałbym, żeby to leżało w gestii każdego z nas. Jeżeli ktoś zechce żyć tak długo, jak tylko możliwe, a następnie umrzeć w naturalny sposób &#8211; proszę bardzo. Ale jednocześnie chciałbym, by istniała możliwość wyboru, by ludzie, którzy uznają &#8220;no dobra, dosyć tego, moje życie uległo degradacji, jego jakość jest nie do przyjęcia, cierpię na wiele sposobów, chcę odejść&#8221;, mogli to uczynić.</p>
<p><strong>Ale to, czy ktoś nieuleczalnie chory chce popełnić samobójstwo, zależy od tego, w jaki sposób go traktujemy, od klimatu, jaki istnieje wokół cierpienia i śmierci, od tego, czy najbliżsi skłonni są opiekować się nim w ostatnim okresie życia. Przecież zalegalizowanie i powszechna dostępność eutanazji wywoła nacisk na starsze osoby, by częściej sięgały po to rozwiązanie.</strong> </p>
<p>- To prawda &#8211; zmienia się społeczny klimat wokół eutanazji, ale moim zdaniem te zmiany idą we właściwym kierunku. Wydaje mi się całkiem naturalne, że rodzice starają się nie być ciężarem dla własnych dzieci. Rodzice wielokrotnie poświęcają się dla dobra swoich pociech, więc jeżeli ktoś jest umierający i wie, że czeka go tylko parę miesięcy życia, a jakość tego życia jest już bardzo niska, i uważa, że córka, uznając opiekę nad nim za swój obowiązek, porzuci karierę, to ja w decyzji o eutanazji nie widzę niczego złego. Wielu rodziców może uznać, że kariera dziecka jest ważniejsza, i uważam, że powinniśmy to uszanować.</p>
<p><strong>Nie boi się Pan, że jeśli raz złamiemy przykazanie &#8220;nie zabijaj&#8221;, to potem będziemy mieli problem z wyznaczeniem nowej granicy między zabójstwem a tym, co jest tylko ulżeniem w cierpieniu?</strong> </p>
<p>- Już dziś za sprawą postępu w medycynie określenie tej granicy jest zasadniczym problemem. Można ją wyznaczyć w wielu miejscach. Musimy też uwzględnić krzywdę, jaką tradycyjna etyka wyrządza tym, których cierpienie jest dziś niepotrzebnie przedłużane.</p>
<p>Nie sądzę, żeby akceptacja dla eutanazji zmieniła nasz stosunek do zabójstwa w ogóle. Np. w tradycyjnych społecznościach Eskimosów było utartym zwyczajem, że mężczyzna zabijał swoich rodziców, co nie zmieniało powszechnego potępienia dla zabijania innych ludzi. Ta praktyka pokazuje, że tę granicę można wytyczyć gdzie indziej, niż istnieje ona dziś, bez złowrogich konsekwencji.</p>
<p><strong>Wielu ludzi uważa, że te złowrogie konsekwencje już dziś widać gołym okiem. Holenderscy lekarze przyznali ostatnio, że pomogli umrzeć 22 śmiertelnie chorym noworodkom. Te dzieci nie mogły same decydować o swoim losie.</strong> </p>
<p>- Uważam, że holenderscy lekarze postąpili słusznie. Przedłużanie cierpienia noworodków i cierpienia ich rodziców byłoby niehumanitarne.</p>
<p><strong>O swojej śmierci też myśli Pan w ten sposób? </strong></p>
<p>- Dopóki będę zdolny do podejmowania decyzji o samym sobie, to chciałbym mieć możliwość powiedzenia, że dość, że już nie chcę dalej żyć. Sprawa się komplikuje, gdybym zapadł na chorobę Alzheimera i nie był w stanie kontrolować sytuacji. Rozmawiałem o tym z żoną i ona zdaje sobie sprawę, że w pewnym momencie &#8211; gdy już nie będę rozpoznawał własnych dzieci lub gdy nie będę mógł funkcjonować w świadomy sposób, to znaczy czytać i rozumieć, co czytam &#8211; to już nie jest to życie, które chciałbym wieść.</p>
<p><strong>I co wtedy?</strong> </p>
<p>- Mam nadzieję, że żona będzie w stanie mi pomóc </p>
<h2>Zwierzęta</h2>
<p><strong>Z jednej strony odrzuca Pan etykę świętości życia, z drugiej jest Pan zagorzałym obrońcą praw zwierząt, wegetarianinem. To się nie kłóci?</strong> </p>
<p>- W naszym świecie to wyłącznie ludzie mają najrozmaitsze prawa, zwierzętami zaś, niestety, mało kto się przejmuje. Tymczasem ja uważam, że każde stworzenie zdolne do tego, by cierpieć, ma prawo, by jego cierpienie zostało zauważone. Powinniśmy odrzucić doktrynę, która stawia życie przedstawicieli naszego gatunku ponad życiem przedstawicieli innych gatunków. Z punktów widzenia różnych istot każde życie ma taką samą wartość.</p>
<p><strong>Ale czy można porównywać cierpienie ludzi i zwierząt? Nawet taki utylitarysta jak John Stuart Mill pisał, że &#8220;lepiej być niezadowolonym człowiekiem niż zadowoloną świnią&#8221;.</strong> </p>
<p>- Rzeczywiście, im bardziej zwierzę różni się od nas, tym trudniej ocenić jego cierpienie. Nie mam pojęcia, jak np. cierpi wąż. Ponieważ jednak nie mam pojęcia, muszę zakładać, iż w pewnych okolicznościach jego cierpienie jest spore. Ale podobnie jest z niemowlęciem &#8211; skalę jego cierpienia też mi trudno ocenić. Możemy na te tematy filozofować, natomiast robienie szczegółowych porównań, kto w konkretnej sytuacji cierpi bardziej &#8211; człowiek czy świnia &#8211; wydaje mi się mało sensowne.</p>
<p>Prawdziwy problem w tym, że człowiek, zadając zwierzętom ból, w ogóle nie przyjmuje do wiadomości, iż naraża je na straszliwe cierpienia. No bo jak inaczej nazwać to, co dzieje się &#8211; także u was, w Polsce &#8211; np. ze świniami? Te koszmarne fermy, pełne ciasnych, śmierdzących, betonowych boksów. W każdym z nich stłoczone ponad miarę, brudne, duszące się od smrodu, ogłupiałe świnie. A do czego to nam potrzebne? Ano po to, by jak najmniejszym kosztem wyprodukować szynkę, wieprzowinę, kiełbasę czy bekon, i to w sytuacji, kiedy możemy spokojnie wyżywić się bez tych wszystkich rarytasów. Zwierzęta są na straconej pozycji, nawet jeśli stosunkowo mało ważne interesy ludzi stoją w sprzeczności z ich podstawowymi, życiowymi interesami.</p>
<p><strong>Dlaczego mamy mieć obowiązki wobec zwierząt, skoro one nie mają obowiązków wobec nas?</strong> </p>
<p>- To prawda. Ale rozpatrzmy następujący przypadek: budujemy elektrownię jądrową, a pochodzące z niej radioaktywne odpady umieszczamy w stalowej beczce i wrzucamy do Bałtyku. Przez najbliższe 150 lat nikomu z tego powodu włos z głowy nie spadnie, ale po tym okresie beczka skoroduje i odpady będą niszczyć środowisko przez kolejne 100 tys. lat. Teoretycznie nie warto się przejmować tymi, którzy urodzą się za 150 lat, bo oni nie mogą się nam odwdzięczyć, a jednak nie powinniśmy wrzucać radioaktywnych beczek do morza. Marna byłaby to etyka, która opierałaby się wyłącznie na zasadzie wzajemności.</p>
<p><strong>Człowiek może debatować nad słusznością swojego postępowania. </strong></p>
<p>- Racja, ale nie możemy prowadzić takich dyskusji z nowo narodzonymi dziećmi ani z ludźmi głęboko upośledzonymi umysłowo. Tymczasem nikt nie podważa tego, że mamy wobec nich moralne obowiązki. Byłoby bardzo niemoralne, gdybyśmy traktowali ludzi głęboko upośledzonych w taki sposób, w jaki traktujemy dziś zwierzęta.</p>
<p><strong>Z ludźmi upośledzonymi dzielimy jednak przynależność do Homo sapiens. </strong></p>
<p>- Nasz dzisiejszy stosunek do zwierząt skażony jest szowinizmem gatunkowym, który moim zdaniem niewiele się różni od rasizmu. Zaakceptowanie wyższości Homo sapiens stawia nas w takiej sytuacji jak rasistów dających preferencje tym, którzy są przedstawicielami ich rasy. Skoro mam więcej wspólnych genów z ludźmi pochodzącymi z Europy niż z Afryki, czy to mnie uprawnia, bym traktował Europejczyków lepiej niż czarnych?</p>
<p>Nie pojmuję, dlaczego mielibyśmy akceptować tradycję, która stawia Homo sapiens na piedestale. Ta tradycja wywodzi się z chrześcijaństwa głoszącego, iż człowiek został stworzony na obraz i podobieństwo Boga, a zwierzęta nie. Bóg sprawił, że panujemy nad zwierzętami. Nie uznaję tych prawd i dlatego uważam, że nie mamy prawa stawiać granicy w tym miejscu. </p>
<h2>Ameryka</h2>
<p><strong>Czy dzisiejsze społeczeństwa ewoluują w stronę porzucenia etyki świętości życia? </strong></p>
<p>- Stany Zjednoczone &#8211; nad czym zresztą ubolewam &#8211; zmierzają w kierunku protestanckiego chrześcijaństwa. Ale niektóre kraje, choćby skandynawskie, Holandia, Australia czy w jakiejś mierze Wielka Brytania, dążą w kierunku poglądów utylitarystycznych. Jednak trudno mi powiedzieć, czy to tendencja ogólnoświatowa.</p>
<p><strong>Dlaczego martwi Pana religijność Amerykanów? </strong></p>
<p>- Religia uniemożliwia odnalezienie własnego światopoglądu, utrudnia krytyczne dokonywanie wyborów. Choć w USA więcej ludzi chodzi do kościoła niż w Europie, to jednocześnie Amerykanie są bardziej samolubni. USA są krajem, który przeznacza bardzo mało funduszy na pomoc zagraniczną, znacznie mniej &#8211; jeśli popatrzeć na procent PKB &#8211; niż kraje skandynawskie czy Holandia i mniej niż inne kraje europejskie. USA odmówiły też podpisania porozumienia z Kioto, co moim zdaniem świadczy o egoizmie. Amerykanie nie myślą o innych.</p>
<p>Nie zauważyłem też, by Amerykanie dzięki religii mieli bardziej satysfakcjonujące życie. Jeżeli przyjrzymy się mniej religijnym Włochom czy Francji, to stwierdzimy, że może w tych krajach ludzie żyją w jakiś sposób pełniej. Nie poświęcają tyle uwagi co Amerykanie kupowaniu różnych towarów, zarabianiu pieniędzy, nie martwią się bez przerwy o większy samochód czy dom.</p>
<p><strong>Nie obawia się Pan, że Pańska filozofia może być użyta przeciwko słabym i chorym w niedemokratycznych krajach? Marks był przerażony, gdy dowiedział się, że jego idee znajdują podatny grunt w carskiej Rosji.</strong> </p>
<p>- Zawsze należy się liczyć z tym, że ktoś użyje naszych przekonań do niecnych celów. Przez wieki autorytarni przywódcy wypaczali chrześcijańską doktrynę, po to by niszczyć przeciwników politycznych i siać nienawiść wśród niechrześcijan. Najlepiej byłoby nie trzymać się kurczowo opartej na religii etyki świętości życia, lecz respektować różnorodne poglądy i stwarzać klimat do otwartej dyskusji.</p>
<p>Takie kraje jak Holandia, gdzie eutanazja jest zalegalizowana, mogą być dobrym wzorem do naśladowania, ale tylko dla tych państw, które mają opiekę medyczną na wysokim poziomie. Dla krajów, w których nikt nie decyduje się na eutanazję dlatego, że go nie stać na leczenie, i w których lekarze mają bliski kontakt ze swoimi pacjentami. To nie jest wzór dla wszystkich.</p>
<p><strong>Czy Pana poglądy nie są tylko intelektualną prowokacją? </strong></p>
<p>- Owszem, sprawia mi przyjemność, gdy zmuszam ludzi do przemyślenia swoich poglądów, ale nie wydaje mi się, bym kiedykolwiek powiedział coś, w co nie wierzyłem. Niektórzy etycy starają się mówić tak, by zapewnić ludzi, że w gruncie rzeczy wszystko jest w porządku. Ja tylko, bardziej niż inni, otwarcie stawiam problemy.</p>
<p>Powinniśmy być przygotowani do zmiany naszych przekonań, a przynajmniej rozważyć je na nowo. Zauważmy, jak wiele spośród ważnych moralnych przekonań uległo ostatnio fundamentalnym zmianom. Chociażby w kwestii rasizmu. 50-60 lat temu w niektórych stanach USA ludzie byli przekonani, że małżeństwa pomiędzy ludnością pochodzenia afrykańskiego a białymi są głęboko niestosowne. Dziś nikt już tak nie myśli. Albo homoseksualizm. Jeszcze całkiem niedawno mówiono, że to grzech albo choroba psychiczna. Jest wiele innych poglądów &#8211; choćby nasz stosunek do życia i śmierci &#8211; które powinniśmy na nowo przemyśleć i których nie powinniśmy traktować z góry jako nienaruszalne.</p>
<p><em>Rozmawiali Sławomir Zagórski i Tomasz Żuradzki</em></p>
<p>*** <em><strong>Prof. Peter Singer</strong> &#8211; jeden z najsłynniejszych współczesnych bioetyków, pracuje w Center of Human Values na uniwersytecie Princeton i na Uniwersytecie w Melbourne. Urodził się w 1946 r. w Australii. Jest zwolennikiem utylitaryzmu &#8211; kierunku filozoficznego, który w swojej klasycznej postaci głosi, że jedynym kryterium oceny naszego postępowania jest to, czy przynosi ono największe szczęście największej liczbie ludzi. Najsłynniejszym dziełem Singera jest wydane w 1975 roku (w Polsce w 2004 roku) &#8220;Wyzwolenie zwierząt&#8221;, w którym uznaje, że każda istota zdolna do odczuwania cierpienia &#8211; bez względu czy jest to człowiek czy zwierzę &#8211; zasługuje na to by wziąć pod uwagę jej cierpienie. W 1994 roku opublikował książkę &#8220;O życiu i śmierci. Upadek etyki tradycyjnej&#8221; (wydanie polskie &#8211; 1997 rok), w której dowodzi, że w związku z postępem medycyny etyka oparta na zasadzie świętości życia ludzkiego nie da się dłużej utrzymać. Jest też autorem przetłumaczonego na kilkanaście języków podręcznika &#8220;Etyka praktyczna&#8221; (wydanie polskie &#8211; 2003 rok). Największe kontrowersje wzbudza jego poparcie dla eutanazji &#8211; także tej przeprowadzanej na nieuleczalnie chorych dzieciach &#8211; oraz pomysł, by rodzice mieli prawo decydować o tym, czy chcą mieć dziecko nawet po jego urodzeniu. Singer od ponad 30 lat jest wegetarianinem, cały dochód ze sprzedaży &#8220;Etyki praktycznej&#8221; przeznaczył na rzecz walczącej z głodem agencji Oxfam.</em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.kto.org.pl/nie-kazde-zycie-warte-zycia/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>7</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>niby o feminizmie..</title>
		<link>http://www.kto.org.pl/pelnym-glosem/</link>
		<comments>http://www.kto.org.pl/pelnym-glosem/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 20 Apr 2007 21:51:07 +0000</pubDate>
		<dc:creator>magdalena.kedzierska</dc:creator>
				<category><![CDATA[Brak]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.kto.org.pl/pelnym-glosem/</guid>
		<description><![CDATA[Na początek wyjaśnienie: po co tutaj ten feminizm&#8230;?? Przecież ogólnie wiadomo, że feministki to kobiety, które &#8220;nie odnalazły w sobie piękna&#8221; (ks. Piotr Pawlukiewicz, beczkowe rekolekcje wielkopostne 2007), &#8220;odreagowują swoje niepowodzenia z mężczyznami&#8221;, &#8220;baby, co to nie wiedzą, czego chcą&#8221; (mniej radykalne odpowiedzi z ankiet, które aktualnie przeprowadzam&#8230;) W ogóle mądrość ludowa jest wieczna jak [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Na początek wyjaśnienie: po co tutaj ten <strong>feminizm</strong>&#8230;?? Przecież ogólnie wiadomo, że feministki to kobiety, które &#8220;nie odnalazły w sobie piękna&#8221; (ks. Piotr Pawlukiewicz, beczkowe rekolekcje wielkopostne 2007), &#8220;odreagowują swoje niepowodzenia z mężczyznami&#8221;, &#8220;baby, co to nie wiedzą, czego chcą&#8221; (mniej radykalne odpowiedzi z ankiet, które aktualnie przeprowadzam&#8230;) W ogóle mądrość ludowa jest wieczna jak Rzym i powiada, że &#8220;sfiksowały, bo chłopa dawno nie miały&#8221; (znana wszystkim <em>Seksmisja</em>). Nie ma o czym dyskutować&#8230;
<p>
Po co? Bo jest wiele do zrobienia, przede wszystkim w naszym sposobie postrzegania kobiecości i męskości. Przytaczana już tu wszechogarniająca mądrość ludowa powiada, że toczy się między nami wieczna walka i, że &#8220;kobiety, to bracie nie zrozumiesz&#8221;&#8230; Chodzi o to, żeby dostrzec, że poznawanie siebie nawzajem pomaga nie tylko się zrozumieć, ale także wzajemnie reagować na swoje potrzeby &#8211; w praktyce takie podejście zlikwidowałoby wiele naszych kłopotów, także problem dyskryminacji kobiet (a i mężczyzn nierzadko&#8230;) w pracy zawodowej, w polityce, w życiu społecznym, w Kościele (sic!). Dlatego proponuję odrobinę lektury. </p>
<p>Na początek wywiad z minister Joanną Kluzik-Rostkowską o sytuacji kobiety i rodziny w Polsce wraz z bardzo mądrymi propozycjami, jak rozwiązać wiele problemów społecznych i demograficznych.</p>
<p> &#8220;<a href="http://www.polityka.pl/polityka/index.jsp?place=Lead33&#038;news_cat_id=1535&#038;news_id=219974&#038;layout=18&#038;forum_id=10357&#038;fpage=Threads&#038;page=text">Tacie urlop się należy!&#8221;</a></p>
<p>
Takich kobiet nam w polityce potrzeba. Dlaczego jest ich tak mało? Dla zainteresowanych problemem dyskryminacji w polityce i w pracy zawodowej tekst w formacie pdf:
</p>
<p>
<a href='http://www.kto.org.pl/wp-content/uploads/2007/06/kobiety-w-polsce.pdf' title='kobiety-w-polsce.pdf'>kobiety-w-polsce.pdf</a>
</p>
<p>lub ciekawy artykuł na stronie fundacji Kobiety dla Kobiet:</p>
<p><a href="http://www.femina.org.pl/index.php?option=com_content&#038;task=view&#038;id=76&#038;Itemid=35">Kobiety na rynku pracy</a>
<p>Do tego artykuł z cyklu, który ostatnio proponuje &#8220;Polityka&#8221;. <a href="http://www.polityka.pl/polityka/index.jsp?place=Lead33&#038;news_cat_id=1535&#038;news_id=221750&#038;layout=18&#038;forum_id=10634&#038;fpage=Threads&#038;page=text">&#8220;Nie boję się ciąży&#8221;</a> deklaruje Kurt Iversen, dyrektor firmy Baltic Accountants and Consultants w Warszawie. Oczywiście trzeba wziąć poprawkę na to, że rozwiązania prponowane przez pana Kurta dotyczą firm dużych. Trudno bowiem przekonywać właścicieli małych firm o charakterze usługowym, że strata jednej fryzjerki czy sprzedawczyni na ponad pół roku to największe szczęście, jakie im się mogło przytrafić. Tu potrzebna jest solidarność społeczna i rozwiązania prawne, które w takiej sytuacji zrzucą odpowiedzialność finansową z pracodawcy i zachęcą kobiety do jak najszybszego powrotu do pracy. Z pożytkiem dla kobiet i dla dzieci &#8211; bo nikt już chyba nie ma wątpliwośći, że jedyną szansą na wyrównywanie wychowawczych, społecznych i edukacyjnych nierówności wśród dzieci jest jak najszybsze posłanie ich do żłobków i przedszkoli.
</p>
<p>Proponuję  także spojrzeć do kilku innych opracowań naukowych na ten temat (niestety w wersji drukowanej, bo jak już wszystkim wiadomo prawo autorskie zabrania wrzucania tego do sieci&#8230;) , np.:</p>
<ul>
<li>M. Fuszara, <em>Kobiety w polityce</em>, Warszawa 2007.</li>
<li>H. Domański, <em>Zadowolony niewolnik? Studium o nierównościach pomiędzy kobietami i mężczyznami w Polsce</em>, Instytut Filozofii i Socjologii PAN, Warszawa 1992.</li>
<li><em>Szklany sufit. Bariery i ograniczenia karier kobiet</em>, red. A. Titkow, Instytut Spraw Publicznych, Warszawa 2003.</li>
</ul>
<p>Poza tym krótki słowniczek pojęć dotyczących polityki równouprawnienia kobiet i mężczyzn, opracowany przez Komisję Europejską. Myślę, że warto się dowiedzieć, o co w ogóle z tym równouprawnieniem chodzi&#8230;
</p>
<p><a href="http://www.kto.org.pl/wp-content/uploads/2007/04/slowniczek.doc" title="Słownik pojęć">Słownik pojęć</a></p>
<p>
Oczywiście trzeba wziąć pod uwagę fakt, że czasem lekarstwo jest gorsze od choroby&#8230; i tak bywa z feminizmem. Dlatego nie zachęcam do ideologicznego bycia za lub przeciw. To nie seksmisja. Zachęcam do refleksji i zapoznania się różnymi wizjami, np. z wizją &#8220;chrześcijańską&#8221; tzw. <strong>nowego feminizmu</strong>. Jego najrozsądniejszą znawczynią jest znana z &#8220;Więzi&#8221; (i z DSW, w której gościła chyba dwa lata temu, mówiąc o feminzimie właśnie) <strong>Joanna Petry-Mroczkowska</strong>. Poniżej link do fragmentu wywiadu, jakiego udzieliła &#8220;Gościowi Niedzielnemu&#8221;</p>
<p>
<a href="http://goscniedzielny.wiara.pl/?grupa=6&#038;art=1182949338&#038;dzi=1104781054&#038;idnumeru=1182946238">&#8220;Pokorne niepokorne&#8221;</a></p>
<p>O nowym feminizmie pisała &#8220;Więź&#8221; w styczniu 1998 roku. Poniżej link do artykułu, który podobnie jak wiele ciekawych tekstów na ten temat, można znaleźć na stronie fundacji Kobiety dla Kobiet.</p>
</p>
<p><a href="http://www.femina.org.pl/index.php?option=com_content&#038;task=view&#038;id=20&#038;Itemid=31">Nowy femiznim</a></p>
<p>
I artykuł &#8220;zbiorczy&#8221; znanego skądinąd Wojciecha Bonowicza, który z męskiej perspektywy obserwuje poglądy takich feministek jak Mary Ann Glendon, przy okazji udowadniając na podstawie tekstów polskich feministek, że nie taki diabeł straszny.. Co jednak najważniejsze &#8211; to mężczyzna rozprawia się ze stereotypami na temat feministek w Polsce. Naprawdę polecam!</p>
<p> <a href="http://www.opoka.org.pl/biblioteka/P/PS/feminizm_niestraszny.html">Feminizm nie straszny!</a></p>
<p>Zapraszam też na stronę &#8220;sąsiedniego&#8221; PAT-u o teologii ciała Jana Pawła II i wynikającym  z niej nowym feminizmie: </p>
<p>
<a href="http://www.teologiaciala.pl">www.teologiaciala.pl</a></p>
<p>
W tym miejscu wypada wrzucić też najpełniejszą wizję kobiety, jaką dał na razie Kościół poprzez <strong>Jana Pawła II</strong> i Jego &#8220;List do kobiet&#8221;. Oczywiście i ten dokument bywa przedmiotem konstruktywnej krytyki, gdyż kontynuuje odwieczny sposób patrzenia na kobietę jako na &#8220;niemężczyznę&#8221;. Poza tym problem tego rzekomego geniuszu, o którym w wywiadzie wspomniała Joanna Petry-Mroczkowska (to, że niby kobiety go mają&#8230; co jednak z geniuszem mężczyzn?)&#8230; można i trzeba się spierać. Najpierw jednak wypada przeczytać:</p>
<p>
<a href="http://www.opoka.org.pl/biblioteka/W/WP/jan_pawel_ii/listy/pekin_29061995.html">Jan Paweł II <em>List do kobiet</em></a>
 </p>
<p> Poza tym polecam najnowszą książkę pani Joanny &#8220;Niepokorne święte&#8221;. Tak o niej pisze Sławomir Rusin z &#8220;Listu&#8221; </p>
<p>
&#8220;Kobiety beatyfikowane czy kanonizowane przez Kościół kojarzą się nam przeważnie z istotami cichymi, posłusznymi, wycofanymi z życia publicznego, które w poświęceniu i pokorze oddają się obowiązkom matki, czy zakonnicy lub z męczeństwem.<br />
Św. NN “dziewica”, św. NN “wdowa”, św. NN “matka dzieci”, św. NN “męczennica”, św. NN “rekluzka” itp. Ciekawe dlaczego święci mężczyźni jakoś rzadziej noszą hagiograficzne przydomki: “wdowiec”, “ojciec dzieci”, nie mówiąc już o przydomku&#8230; no właśnie, jaki jest męski odpowiednik słowa “dziewica”?<br />
Święta–bierna, na pewno nie emancypantka. Gdzieżby inaczej. Nie mówię, że bycie cichym, posłusznym, pokornym i wykonywanie z poświęceniem swoich obowiązków nie jest dobre, że nie potrzebujemy takich wzorców. Potrzebujemy bardzo. Co więcej, myślę, że dziś takie wzorce być może bardziej niż kobietom przydałyby się mężczyznom. Nie można jednak zapominać, że w historii Kościoła było wiele kobiet, które działały – jakby niektórzy określili – na „męskim” polu życia publicznego i na “męski” sposób, tj. poza domem, klasztorem, posiadając skonkretyzowane cele i uparcie, czasem przy sprzeciwie (o zgrozo!) mężczyzn, do nich dążąc. Zakładały klasztory, uniwersytety i misje, prowadziły wojny i walczyły o pokój, pouczały królów i papieży. O takich wybitnych kobietach, w dodatku świętych, pisze w swej książce Joanna Petry Mroczkowska. To rzetelna, a przy tym porywająca, analiza ich postaw.&#8221;</p>
</p>
<p>
Ciekawe jest również spojrzenie <strong>Elżbiety Adamiak</strong>, która próbuje odczytać historie biblijne z kobiecej perspektywy, ukazując, że wizja kobiety, którą przedstawia Kościół (najcześciej, na szczęście nie wyłącznie), nijak się ma do opisów biblijnych. Polecam zatem <em>Milczącą obecność</em> i <em>Kobiety w Biblii </em>.</p>
</p>
<p>
<strong>Równie gorąco polecam:</strong> J. Makowski, <em>Kobiety uczą Kościół</em>, Warszawa 2007 (wywiady z teolożkami feministycznymi &#8211; Elżbietą Adamiak, Moniką Waluś; filozofkami &#8211; Ewą Wipszycką, Anną Karoń-Ostrowską, uczennicą ks. Tischnera, publicystkami, siostrami zakonnymi, z Hanną Gronkiewicz-Waltz i&#8230; z Magdaleną Środą &#8211; kobietą chyba najbardziej denerwującą Kościół polski, być może najmniej dialogiczną spośród polskich feministek, ale też posiadającą, z racji pełnionej kiedyś funkcji, wielką wiedzę o rzeczywistości kobiet polskich). </p>
<p>Część tych książek (tzn. te, które mam) mogę udostepnić do KTO-siowej biblioteki&#8230; </p>
<p>
<a href="magdalena.kedzierska@kto.org.pl">magdalena.kedzierska@kto.org.pl</a></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.kto.org.pl/pelnym-glosem/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Rzeczywistość (nie)wirtualna?</title>
		<link>http://www.kto.org.pl/rzeczywistosc-niewirtualna/</link>
		<comments>http://www.kto.org.pl/rzeczywistosc-niewirtualna/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 19 Apr 2007 17:56:18 +0000</pubDate>
		<dc:creator>stanislaw.sadowski</dc:creator>
				<category><![CDATA[Brak]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.kto.org.pl/rzeczywistosc-niewirtualna/</guid>
		<description><![CDATA[(wprowadzenie do najbliższego spotkania na stronie głównej)
Na końcu artykułu zamieszczam link do tekstu, który tłumaczy czym jest wirtualna rzeczywistość, koncentrując się głównie na opisie technicznych osiągnięć w zakresie jej generowania i możliwości „zanurzania się” w nią, ale także prezentując ciekawe rozważania natury filozoficznej dotyczące tego zagadnienia.
Ja natomiast chciałbym zwrócić uwagę na te aspekty wirtualnej rzeczywistości, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>(wprowadzenie do najbliższego spotkania na <a href="http://www.kto.org.pl">stronie głównej</a>)</p>
<p>Na końcu artykułu zamieszczam link do tekstu, który tłumaczy czym jest wirtualna rzeczywistość, koncentrując się głównie na opisie technicznych osiągnięć w zakresie jej generowania i możliwości „zanurzania się” w nią, ale także prezentując ciekawe rozważania natury filozoficznej dotyczące tego zagadnienia.</p>
<p>Ja natomiast chciałbym zwrócić uwagę na te aspekty wirtualnej rzeczywistości, które są mi znane z moich własnych doświadczeń i podzielić się nimi z Wami – Drodzy Czytelnicy.</p>
<p>Rzeczywistość wirtualna tworzy dla wielu pewną alternatywę dla tej całkiem normalnej rzeczywistości, w której oddycha się powietrzem, nie ma zaklęć i smoków, a gotując obiad nie da się zrobić „save” na wypadek gdyby miał się nam kotlet przypalić. I jest jasne, że taka rzeczywistość silnie oddziaływuje na ludzi, z różnych względów pociąga, czasem właśnie brakiem odpowiedzialności za swoje uczynki, czasem przepychem i bogactwem lokacji i postaci, a czasem przygodą, której nie można przeżyć w tym naszym świecie (no bo jak ktoś całe dzieciństwo marzył żeby być rycerzem&#8230;). Najprostszym sposobem oddania się w objęcia rzeczywistości wirtualnej jest włączenie swojego PC-ta i uruchomienie wymarzonej gry komputerowej. I jazda&#8230; Jesteśmy już w innym świecie. Możemy być rycerzem, strażakiem, władać Imperium, albo jako rycerz Jedi ratować świat i przeciągać ludzi na jasną stronę Mocy.  Jednakże taki świat możemy zawsze wyłączyć. (Pomijam zagadnienie dotyczące możliwości utraty kontroli nad upływem czasu.) „Esc.”, „do you really want to quit?”, „yes” i już jesteśmy w bardziej realnych okienkach systemu operacyjnego. Mamy władzę nad tą alternatywną rzeczywistością, powołując ją do istnienia kiedy chcemy i unicestwiając kiedy chcemy (czyli kiedy nam się znudzi lub wzywa nas tak zwany w slangu komputerowym „real” (od ang. reality &#8211; rzeczywistość). Możemy też najczęściej swoje rozgrywki nagrywać w różnych punktach, do tych miejsc wracać, zaczynać od nowa kiedy nam coś nie wyjdzie. I zabawa trwa.</p>
<p>I było by to wszystko proste gdyby nie rozwój Internetu i będące jego konsekwencją gry sieciowe, szczególnie te, które dla swojego działania nie wymagają niczego więcej niż połączenia internetowego i przeglądarki internetowej. Jest w ich Internecie coraz więcej. Mają przeróżną tematykę i należą do przeróżnych gatunków. Mamy tu typowe strategie, RPG (ang. Role Playing Game – gra w której wciela się w jakąś postać ulegającą pod wpływem działań gracza rozwojowi w trakcie gry) i pewnie wiele innych. Sam spotkałem się z tym zagadnieniem w lipcu zeszłego roku. Kolega podczas imieninowego grilla, przy pięknie pachnącej kiełbasce i wspaniałym chlebie czosnkowym opowiadał o swoich przewagach nad innymi graczami  jednej z takich gier (choć trzeba przyznać, żę będąc informatykiem, napisał sobie program, który w wielu przypadkach go wyręczał, wykonując część czynności za niego) Postanowiłem samemu spróbować. Tak się złożyło, że akurat i tak ciągle siedziałem przed komputerem (ach to pisanie magisterki), więc mogłem co jakiś czas zaglądać do przeglądarki. I tak zaczęła się moja przygoda z grą Travian. </p>
<p>Na jej przykładzie, bazując na moich doświadczeniach, chciałbym pokazać jak wirtualna rzeczywistość staje się niewirtualną.  Konieczne wydaje się jednak dodanie na początku kilku zdań na temat samej rozgrywki. Travian to gra strategiczna. Na początku zaczyna się z małą wioseczką. Początkowym zadaniem gracza jest ją rozbudować. Budowa budynków (każdy ma inną funkcję – niektóre produkują surowce, inne przetwarzają je na coś innego itd.) wymaga określonej liczby surowców (więcej na każdy poziom) oraz trwa określoną ilość czasu (tym więcej im wyższy poziom budynku). Są budynki, których budowa trwa ponad 30 godzin. Potem robi się armie, najeżdża sąsiadów, zabiera im surowce żeby popchnąć produkcję własnych budynków, potem zakładam się kolejne wioski lub zdobywa je od innych graczy. Do tego celu (jak i do obrony przed innymi) niezbędna jest duża armia. A im większa tym trudniej ją wyżywić, to znaczy mieć odpowiednią ilość zboża, którą trzeba przesłać z jednych swoich wiosek do innych, gdzie żołnierze stacjonują. Kolejną istotną sprawę stanowi fakt, że nie da się odnieść sukcesu w takiej grze grając samodzielnie. Sukces zależny jest od umiejętności współpracy z innymi. Na pewnym etapie rozgrywki bardzo cennym narzędziem staje się komunikator. Najlepiej międzynarodowy (Skype lub MSN). Kluczowa dla odniesienia sukcesu jest współpraca, ale też koordynacja. Wyobraźcie sobie Drodzy Czytelnicy sytuację, w której zaplanowana została akcja ofensywna i każdy gracz ma wysłać trzy – cztery oddziały (z których każdy ma inny czas przejścia do celu) do jednej wioski przeciwnika i czasy przybycia są określone z dokładnością do sekundy. Wszyscy muszą trafić w określonym momencie, często bowiem jest tak, że jeżeli jedna osoba się spóźni, cała akcja kończy się niepowodzeniem. W praktyce wygląda tak, że gracz musi wysłać swoje wojsko np. o godzinach: 18:43:23, 19:17:12, 19:48:30 i 21:30:15. Od 18:40 do 21:30 musi być czujny, lub mieć budzik, albo inne narzędzie, które mu przypomni o tym i musi dopilnować tego, by zrobić to solidnie. Jak widać jest to absorbujące. Logować trzeba się codziennie choć na chwilę. Jeżeli wiadomo, ę jakiś czas nie będzie się miało dostępu do połączenia trzeba znaleźć osobę, która przez okres absencji będzie obsługiwać nasze konto (powszechna praktyka), można się jednak spodziewać, że kiedyś ta sama lub inna osoba zwróci się do nas z prośbą o to samo.</p>
<p>To wszystko jest dość absorbujące ale fakt, że tego świata nie da się wyłączyć, gdyż czy jesteśmy do tego niego w danym momencie podłączeni, czy też nie, zdaje się mieć zasadnicze znaczenie. Gracz nie może już po prostu zamknąć komputera i nie otwierać go tydzień (poza wspomnianym powyżej przypadkiem). Wie, że w tym czasie może zostać zaatakowany lub jego żołnierze, armia którą tworzył np. 2-3 miesiące, mogą umrzeć z głodu. Co więcej, wie, że jeżeli o określonej porze nie wyśle swojej armii niweczy nie tylko swój wysiłek, ale także wysiłek wielu ludzi, bowiem oni mogą przez to stracić armie które budowali tygodniami lub miesiącami. Co to powoduje? Kilka konsekwencji. Przede wszystkim należy zadać prowokujące pytanie: czy ta rzeczywistość jest jeszcze wirtualna? Powiedzmy, że nadal jest ona alternatywna w stosunku do tej w której się urodziliśmy, jednakże poprzez fakt, że serwer działa cały czas przez określony czas rozgrywki (około roku) i nie mamy już nad nią władzy absolutnej, dzieję się ona bowiem niezależnie od naszego zaangażowania i woli, a także przez fakt, że po drugiej stronie są ludzie, dochodzi, a przynajmniej tak może się wydawać, do swoistej obiektywizacji tej rzeczywistości. W jakim sensie? Wydaje się słusznym powiedzenie, że kiedy gram w jakąkolwiek z gier, które mogę wyłączyć w każdej chwili, świat jest w pełni ode mnie zależny (mogę go włączyć) to moje w nim przeżycia, to co się w nim dzieje, te wartości które w nim wytworze (rozbudowa postaci itp.) zazwyczaj (poza przypadkami rozgrywek sieciowych) zostają w moim komputerze, zostają też zazwyczaj w mojej głowie. To tam jest ta wirtualna rzeczywistość. Mogę wtedy idąc po ulicy rozmyślać nad tym co zrobię jak już włączę komputer żeby popchnąć rozgrywkę do przodu (zdarzało mi się tak kiedyś), ale to mój świat (to znaczy tej osoby co gra J ). Ktoś inny, kto gra w tę samą grę, wytwarza swój osobny świat, kształtuje go inaczej wychodząc z tego samego programu. I wciąż do jego istnienia konieczne jest by komputer był łączony. W takim razie pozwolę sobie napisać na potrzeby tego tekstu, że ta rzeczywistość wirtualna jest w subiektywna, w tym sensie, że zależna od nas.</p>
</p>
<p>W przypadku gier sieciowych takich jak opisałem jest inaczej. Otóż rozgrywka staje się coraz bardziej rzeczywista. Przenika się z „naszą” rzeczywistością. Można powiedzieć, że przez to, że dzielimy z innymi ludźmi ten sam świat rozgrywki i że nasze akcje w tym świecie wpływają na ich sytuację i na odwrót, oraz przez to, że wytwarzamy wspólne wartości (w takim socjologicznym sensie) ta rzeczywistość się obiektywizuje. Staje się niezależna od naszego postrzegania. Wspólna dla wielu osób.  Do tego stopnia, że jest bardzo poważnie traktowana przez graczy. Przykładem mogą być opisy sojuszów graczy z danej gry pojawiające się na Wikipedii.</p>
<p>Wiążą się z tym ciekawe problemy i pytania. Osobom, które grały w stare gry z gatunku „zabili go i uciekł” (różne takie strzelanki) znany jest zapewne „god mode” – kod, który umożliwiał osiągnięcie nieśmiertelności. Było to więc w pewnym sensie oszustwo (co potwierdza określenie takich kodów angielskim słowem „cheat” właśnie to oznaczającym). Tak więc w takiej typowo PC-towej wirtualnej rzeczywistości oszukiwanie komputera nie stanowiło problemu ani tym bardziej żadnych moralnych problemów. Pojawiają się one jednak, jeżeli gra się z wieloma ludźmi. Istnieje regulamin, stworzone są zasady. Dysponując wtedy technicznymi możliwościami „oszukania programu” wiemy, że oszukujemy innych graczy, i jeżeli ktoś to robi, liczy się z tym, że w końcu osoby odpowiedzialne za wyłapywanie oszustów, którzy np. mają parę kont dotrą do nas i wtedy stanie przed wyborem – czy kłamać w imię obrony jakichś wirtualnych wartości? Granica jest cienka, być może niektórzy nawet nie zauważą, że okłamują żywą osobę i oszukują wszystkich graczy.  Dlatego tę rzeczywistość wolałbym określić jako „rzeczywistość alternatywną”, uciekając trochę od rozgraniczania elementów wirtualnych od rzeczywistych, gdyż jak próbowałem pokazać przenikają się one w pewien sposób, choćby przez to, że rozgrywka i ludzie w niej uczestniczący są jak najbardziej rzeczywiści, wirtualna jest tylko arena na której odbywają się zmagania.</p>
<p>Czy to wszystko ma jakieś daleko idące konsekwencje? Z pewnością tak. Wydaje mi się, że przede wszystkim groźna jest możliwość przedłożenia wartości uzyskiwanych w ramach rozgrywki (świadomie nie piszę „rzeczywistości wirtualnej” – sama bowiem rozgrywka jest jak najbardziej rzeczywista) nad te rzeczywiste. Istnieje bowiem realne niebezpieczeństwo takiego zanurzenia w tym świecie, że ten normalnie rzeczywisty staje się tylko miejscem zaspokajania podstawowych potrzeb życiowych. Znane są drastyczne przykłady ludzi, którzy siedzieli tak długo przy komputerze, że było to powodem ich śmierci, znany jest też przypadek dziecka, które rzuciło się z krzesłem na matkę, gdy ta wyłączyła komputer, przez co spowodowała śmierć wirtualnego bohatera (przypadki te dotyczyły innej niż wspomniana gry). Są też takie gry z pewnością azylem dla wielu ludzi, którzy z różnych względów nie odnajdują się w społeczeństwie i zwykłej rzeczywistości. Takie uzależnienia i ucieczki w alternatywną rzeczywistość wytworzoną na serwerach jest w moim odczuciu niewątpliwie niebezpieczne i postrzegane może zdecydowanie negatywnie. Czy wobec tego nie ma w tym żadnych pozytywów?</p>
<p>Oczywiście że są. Jak powiedziałem np. Travian wymaga przede wszystkim komunikacji. Można powiedzieć więc, że poprzez nią poznaje się ludzi, z którymi często rozmawia się nie tylko o kwestiach związanych z rozgrywką. Obecnie na stałe współpracuję z Poznanianką, Holenderką, Słoweńcem, Serbem i Kanadyjczykiem. Rozmawiam także często z osobami z Azji. Rozwija to w poważny sposób umiejętności komunikacji i działania w międzynarodowym środowisku, gdzie liczenie, która jest godzina u osoby z którą rozmawiam to prawie standard. Ćwiczenie wymarzone dla ludzi, którzy myślą o pracy w międzynarodowej korporacji. A proszę sobie wyobrazić jak trzeba się nagłowić wysyłając zbiorowe życzenia wielkanocne wiedząc, że dostaną je także prawosławni, protestanci (pół biedy), Muzułmanie (być może) i buddyści lub przedstawiciele innych wierzeń azjatyckich. Jeżeli się chce, może to być także okazją do ćwiczenia języka. Owszem, używa się pewnych haseł, sloganów i emotikonów, ale nieraz trzeba się nagimnastykować, żeby poukładać swoje myśli w obcym języku, zapisać je i przekazać innym. To pomaga utrzymać formę językową, szczególnie kiedy już nie ma się żadnych lektoratów.</p>
<p>Czy pozytywy przeważają nad negatywami (do których trzeba dodać, że zjada to jednak trochę czasu)? Nie mnie to oceniać i nie to było tematem tego artykułu. Gram w tę grę, bo obiecałem sobie, że jeżeli to możliwe dotrwam do końca rundy tej rozgrywki z ludźmi z którymi zacząłem. Mamy szansę osiągnąć jako zespół zwycięstwo. Wiele osób na to pracowało. Ale wiem, że potem powinienem przerwać tę przygodę. Uważam to jednak za bardzo cenne doświadczenie. To co uważam za najcenniejsze i co chciałem Wam, Drodzy Czytelnicy, pokazać, to to jak osoba zaangażowana w taką rozgrywkę ją traktuje. Na ile jest to jeszcze dla niej rzeczywistość wirtualna, a na ile po prostu taka sama część rzeczywistości jak mecz koszykówki dla osoby, która często w nią grywa. W końcu zwrócić uwagę na niebezpieczeństwo i przykre zjawisko traktowania przez niektórych tej rzeczywistości jako ważniejszej, gdyż zaspokaja ona pełniej potrzebę akceptacji, realizacji marzeń bycia kimś i odgrywania istotnej roli pełniej niż „zwykła” szara rzeczywistość. A także, może przede wszystkim, zachęcić do stawiania pytań o granicę między rzeczywistością wirtualną i nie wirtualną, pytań o potencjalne zagrożenia i korzyści jakie niesie dla każdego z nas Internet i rzeczywistość wirtualna bądź alternatywna.</p>
<p>Polecana lektura:</p>
<p><a href="http://www.open-mind.pl/Ideas/WirtualnaR.htm">Wirtualna Rzeczywistość &#8211; nasza rzeczywistość?</a></p>
<p>Staszek Sadowski</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.kto.org.pl/rzeczywistosc-niewirtualna/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Rzeczywistość (nie)wirtualna?</title>
		<link>http://www.kto.org.pl/rzeczywistosc-niewirtualna/</link>
		<comments>http://www.kto.org.pl/rzeczywistosc-niewirtualna/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 19 Apr 2007 17:43:48 +0000</pubDate>
		<dc:creator>stanislaw.sadowski</dc:creator>
				<category><![CDATA[Brak]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.kto.org.pl/rzeczywistosc-niewirtualna/</guid>
		<description><![CDATA[Wielkimi krokami nadchodzi spotkanie na ważny temat wirtualnej rzeczywistości. Aby uniknąć przydługich wywodów w jego trakcie i narażenia się na grupowy ostracyzm za zajmowanie zbyt wielkiej ilości czasu postanowiłem swoje doświadczenia zawrzeć w krótkim artykule. Jeżeli chcesz, Drogi Czytelniku,  dowiedzieć się jakie to doświadczenia mogę mieć z wirtualną rzeczywistością, to zapraszam do lektury. Wystarczy [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Wielkimi krokami nadchodzi spotkanie na ważny temat wirtualnej rzeczywistości. Aby uniknąć przydługich wywodów w jego trakcie i narażenia się na grupowy ostracyzm za zajmowanie zbyt wielkiej ilości czasu postanowiłem swoje doświadczenia zawrzeć w krótkim artykule. Jeżeli chcesz, Drogi Czytelniku,  dowiedzieć się jakie to doświadczenia mogę mieć z wirtualną rzeczywistością, to zapraszam do lektury. Wystarczy kliknąc nagłówek tej krótkiej zapowiedzi i już&#8230; </p>
<p>A jak by ktoś chciał skomentować, to tutaj pod powyższą zapowiedzią proszę, tak dziwnie, ale co tam :)</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.kto.org.pl/rzeczywistosc-niewirtualna/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>
